Nie napisałem tego od razu po obejrzeniu, żeby mieć jakieś zdystansowane spostrzeżenia i cholera – nie wiem od czego zacząć.
Od naprawdę dawna jestem żywo zafascynowany społecznym fenomenem jakim
są Stany Zjednoczone Ameryki. Największe na świecie imperialistyczne
mocarstwo, z którego flagą identyfikują się ludzie o tak różnym
statusie, że ciężko to objąć umysłem. Mówię tutaj o tej najprostszej
wewnątrzkrajowej różnorodności. No bo spróbuj sobie wyobrazić
Amerykanina. Zamknij oczy i go zobacz. Nie wygłupiaj się, otwórz i
czytaj dalej. Jakiego Amerykanina widzisz? Głowę rodziny z przedmieścia,
rodem z sitcomu? Tego drugiego z grupy EPMD, którego ksywki nigdy nie
możesz zapamiętać? Hanka Moody’ego? A może jakiegoś rednecka z południa?
Kurcze, to jest jeden kraj. Oni utożsamiają się z jedną flagą –
technicznie rzecz biorąc powiedzą Ci, że pochodzą z tego samego miejsca.
Dlatego to, jak wygląda życie Amerykanina nie jest do końca jasne – nie
przychodzi do głowy zbyt szybko jako ogólnikowa odpowiedź.
Wielkomiejskie życie widujemy w telewizji, w różnych formach. Mniej
natomiast widzimy Stanów Zjednoczonych Małomiasteczkowych – takich,
które chowają się między polami kukurydzy w Indianie, pomiędzy górami
Montany, czy w stosunkowo suchych rejonach Luizjany. Kiedy więc pojawia
się obraz, którego tematem jest właśnie to małomiasteczkowe amerykańskie
środowisko i przedstawia je bez zbędnego przerysowania, to jestem
wniebowzięty.
Główną bohaterką Trzech Billboardów jest Mildred
Hayes (cudowna Frances McDormand), której córka została zgwałcona i
zamordowana. Miejscowa policja, na czele z szeryfem Billem Willoughbym
(cudowny Woody Harrelson), pomimo upływu roku od przestępstwa, nie
poczyniła w tej sprawie żadnych postępów. Rozgoryczona kobieta wynajmuje
trzy dawno nieużywane billboardy, żeby powiesić na nich hasła, mające
zwrócić uwagę świata na tę sytuację.
Trzy Billboardy to nie
film o billboardach (chociaż mimochodem trochę też), ani o policyjnym
śledztwie (chociaż ewidentnie pojawia się ono w filmie), ani nawet o
rozgoryczonej matce (chociaż ten motyw wydaje się bardzo ważny). To jest
obraz pokazujący wycinek społeczności – małej, lokalnej społeczności,
która nie jest w całości zdrową tkanką.
Nie jest nią, bo
patrzymy na nią z boku, z dystansem. Dostrzegamy przez to jej problemy,
które istnieją. Oj, istnieją i to istnieją w całej amerykańskiej
małomiasteczkowej czasoprzestrzeni. Nadużywająca władzy policja? Rasizm i
homofobia? Brak perspektyw zawodowych? No jasne. To jest jeden z tych
filmów, który zarysowuje nam historię, owszem. Robi to jednak po to,
żeby pokazać nam jakiś szerszy obraz. Wszystko to przywodzi mi na myśl
filmy pokroju Zielonej Mili albo Skazanych na Shawshank. Czy Zielona
Mila była o niesłusznie oskarżonym czarnoskórym obywatelu? Nie,
pokazywała szerszy obraz społecznych problemów. Czy skazany na Shawshank
był o więźniu w więzieniu? Nie, pokazywał szerszy obraz społecznych
problemów. To są te filmy, które są objętościowo długie, ale żaden
bohater nie jest w nich zbędny, bo może nam coś uświadomić.
To
brzmi nawet poważnie. Trzy Billboardy nie są jednak tak do końca filmem
poważnym. Screw it, wcale nim nie są. W opisie jest napisane „komedia” i
jest to komedia. Nie wiem kiedy ostatnio jednocześnie tak szczerze z
serca się uśmiałem, jednocześnie mając poczucie, że oglądam coś ważnego.
Odpowiedni komediowy vibe nie pozwalał mi czuć, że pewne zachowania i
motywacje bohaterów mogą być trochę nadmuchane. W połączeniu z
odpowiednim humorem, pewne typowe i przerysowane zagrywki stają się nad
wyraz strawne i satysfakcjonujące. Jeśli film łączy komedię, dramat i
szeroki, społeczny przekaz, robiąc te wszystkie trzy rzeczy dobrze i
skutecznie, to wiesz, że jest super. Włączcie mi country.
9/10
/K