„Tamte dni, tamte noce” (2018) reż. Luca Guadagnino

Niewiele jest filmów, na które czekam na początku roku po sprawdzeniu zapowiadanych premier. Najczęściej są to filmy z pierwszego kwartału – on już od jakiegoś czasu dostarcza mi najciekawszych filmowych wrażeń. Jedną z takich pozycji były Tamte dni, Tamte noce i… cóż, odrobinę się rozczarowałem.

Obraz przenosi nas do Włoch lat ’80, pokazując rodzinę spędzającą wakacje w XVII-wiecznym dworku. 17-letni Elio to bohater od początku dający się polubić, ale też potrafiący zaintrygować – inteligentny, wyczulony na sztukę i uczuciowy chłopak. Jako że jego ojciec jest naukowcem – konkretnie archeologiem – przyjeżdża do nich niejaki Olivier, pracujący z ojcem Elio przy swoim doktoracie. Między wspomnianymi bohaterami rodzi się na przestrzeni filmu intymna więź.

Przyznałem, że poczułem się rozczarowany – tylko dlatego, że miałem bardzo wysokie oczekiwania. Prawdę mówiąc, film zawiódł mnie tylko na jednej płaszczyźnie – scenariuszowej. Muszę też przyznać, że tylko połowicznie. Zacznijmy od tego, że film jest długi. Ponad dwie godziny to aż nadto, by opowiedzieć zawartą w scenariuszu historię. To, co dzieje się na ekranie przez pierwszą godzinę to – pokuszę się o pretensjonalność – istna poezja. Relacja pomiędzy Elio i Olivierem budowana jest bardzo powoli i spokojnie – od drobnej niechęci, przez fascynację, aż po nieśmiałą zmysłowość. Wszystko to jest bardzo nienachalne, tworzone za pomocą niedopowiedzeń, ale też aspektów technicznych – zamiast niepotrzebnych bezpośrednich dialogów. Muzyka, praca kamery, montaż – wszystko to stara się nam zasugerować co czują bohaterowie. To jest bardziej niż dobre.

W końcu jednak dochodzi to punktu kulminacyjnego – napięcie pomiędzy bohaterami zostaje w pewien sposób rozładowane. To jak najbardziej sensowne, ale… została jeszcze ponad godzina filmu. No i niestety ta kolejna godzina nuży i dłuży się niesamowicie, bo jest po prostu bezpośrednia. Momentami film jest w tej bezpośredniość tak bezczelny, że tłumaczy nam pojedyncze sytuacje z początku filmu. Niestety, po upływie godziny mój zachwyt coraz to szybciej przeradzał się w delikatne rozczarowanie.

To nie jest jednak zły film – w żadnym wypadku. To, jak samoświadomy jest w operowaniu techniką filmową po prostu robi wrażenie. Zdjęcia wiejskich, letnich lokacji są takie, o jakich marzymy – co wpisuje się w konwencję historii. Co ciekawe, wpisuje się w tych momentach, w których ma się wpisywać. Efekt wizualny, czy to ciepłych kolorystycznie, wyostrzonych kadrów, czy drgania kamery przy odpowiednim półmroku i zbliżeniu – wszystko wydaje się od początku do końca zaplanowane. Aktorsko jest dobrze – z jednym wyjątkiem – 17-letni Elio, grany przez Timothee Chalameta. On jest więcej niż dobry – jest świetny. Trudno to nawet opisać, ale scena będąca patentem na napisy końcowe zostanie w mojej głowie na długo (pomimo mało satysfakcjonującego zakończenia historii w szerszym aspekcie).

No niestety, liczyłem na więcej – zwłaszcza po świetnych recenzjach i jeszcze bardziej po genialnej pierwszej części filmu. To jak balonik, z którego zaczęło w pewnym momencie uchodzić powietrze. Nie sposób jednak powiedzieć, że to zły film. Pod względem technicznym stoi na tak wysokim poziomie, że po prostu nie można wrzucić go do kategorii średniaka. To bardzo dobry film. Tylko przeciągnięty i średnio zakończony. Ale jest bardzo dobry. Nie zniechęć się, bo warto zobaczyć.

7/10

/K

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s