„Disaster Artist” (2018), reż. James Franco

Gdyby więcej osób kochało siebie nawzajem, świat byłby lepszym miejscem.

Trochę się obawiałem w imieniu widzów, którzy nie są zaznajomieni z filmem The Room i nie doświadczyli wcześniej całej jego magicznej otoczki. Moje obawy okazały się trochę na wyrost, gdyż film jest skonstruowany tak, żeby nieświadomy tematu widz mógł się z nim w czasie seansu The Disaster Artist zaznajomić i łatwo wejść w ten świat. Mimo wszystko jednak zdaję sobie sprawę, że gdybym nie był świadomy w 100% z czym mam do czynienia, nie wyciągnąłbym z tego filmu tyle frajdy, ile wyciągnąłem.

Ale od początku. The Disaster Artist to film pokazujący proces powstawania filmu The Room – okrzykniętego najgorszym filmem wszech czasów. Dlaczego kręcić o tym film? Ponieważ „The Room” z 2003 roku, reżyserii Tommy’ego Wiseau był tak zły, że dawał niesamowitą radość z oglądania niemalże parodii dramatu obyczajowego, nakręconej zupełnie nieironicznie. Do tego tajemnicza postać ekscentrycznego Wiseau, o którym nikt nic nie wie – skąd pochodzi, kim jest i skąd u licha wziął ponad 6 milionów dolarów na stworzenie swojej kultowej szmiry?

Scenariusz The Disaster Artist oparty jest na książce Gregga Sestero – przyjaciela Wiseau i jednego z głównych aktorów jego Opus Magnum. Niestety, film jest trochę zakładnikiem swojej historii. Nie ma w niej nic widowiskowego poza sytuacjami z planu filmowego, które były co najmniej nietypowe ze względu na ekscentrycznego reżysera. Dlatego też film momentami zmienia narrację i po serii śmiesznych historii z backgroundu powstawania The Room wprowadza niewielkie elementy dramatu, pokazujące psychiczny ciężar ciążący na Wiseau oraz uzależnionym od niego Sestero. Film nieźle tymi zmianami nastroju balansuje – nie pozwala wypaść widzowi z komediowego vibe’u – ale czuć jednak, że była potrzeba uwypuklenia tych sytuacji.

Zakładam, że książka Sestero dość obszernie opisywała kulisy tego, jak poznał się on z Tommym Wiseau. Film stara się to także dość skrupulatnie zaprezentować, przez co trochę staje w rozkroku. Od początku miał być to film o kulisach powstawania The Room, a na starcie dostaliśmy sporo wcześniejszej historii. Z jednej strony dobrze byłoby pozostać konsekwentnym w konwencji pseudo-making-offu z planu, z drugiej jednak każda ciekawostka z prywatnego życia Wiseau to skarb.

Film nie zdradza niczego, czego fan The Room nie wiedziałby już wcześniej. Niezręczne sytuacje na planie, niejasne finansowanie, amatorka i ogólna konsternacja skupiona wokół postaci oderwanego od rzeczywistości Wiseau. Nie ma tu więc wiele zawartości, która byłaby odkrywcza lub zaskakująca. Za każdym razem, kiedy jednak pojawia się scena, w której bohaterowie kręcą scenę znaną nam z pierwowzoru – sprawia to przeogromną satysfakcję – głównie dzięki parodystycznej manierze aktorów

„Parodystycznej” nie jest tutaj nacechowane pejoratywnie. Jak zagrać postać, która odgrywa postać w sposób parodystyczny z pobudek nieironicznych? James Franco musiał sparodiować Wiseau, bo po prostu nie ma innego wyjścia. Tommy Wiseau to uosobienie parodii. Złoty Glob dla Franco zdecydowanie nie jest na wyrost. Każde „haha” i „Oh, hi Mark” jest zagrane praktycznie w punkt. Ten film w żadnym momencie nie był 8/10, ale frajda jaką mi dostarczył była wręcz nieoceniona w ten smutny niedzielny wieczór.

Ocena: 8/10

/K

W kwietniu zeszłego roku do obejrzenia The Room skłonił mnie w końcu Kamil. Już wcześniej miałem ten film na radarze, ale jakoś nigdy nie mogłem się za niego zabrać. Zaraz po zakończonym seansie odbyliśmy przeszło półtoragodzinną rozmowę telefoniczną, w trakcie której komentowaliśmy wszystkie elementy filmu i wspólnie szukaliśmy informacji na temat procesu produkcji. Na następny dzień obejrzeliśmy go już wspólnie. (Hahahaha, great story Rafał!)

The Room to spory element mojego popkulturowego życia i na pewno jeden ze składników codziennego humoru, więc do produkcji Franco podchodziłem ze sporymi oczekiwaniami, które spełnione zostały w stopniu po prostu akceptowalnym. Znaczną większość napisał już mój poprzednik, ale parę rzeczy mam do dodania. Cała produkcja niestety ucierpiała przez swoją przystępność dla osób niezaznajomionych z oryginalnym obrazem. Ze względu na całościowe ujęcie sprawy scenariusz ma formułę „kolejnej amerykańskiej komedii wyższych lotów”. Uważam, że np. formuła mockumentary zdecydowanie wyszłaby Disaster Artist na dobre.

Potężnym atutem obrazu jest za to elastyczność konwencji, możliwa dzięki specyficznemu materiałowi źródłowemu. Dzięki niej wszelkie niedoróbki techniczne czy sztuczności można zrzucić na zamierzoną formułę i niczym się zbytnio nie przejmować. Tyczy się to wszystkiego – scenografii, zdjęć, kolorystyki, fryzur, czy nawet aktorów (tu chciałbym pochwalić nierozpoznawalnego Zacha Efrona i skarcić casting Josha Hutchersona, który do tego obrazu ma zbyt sławną twarz, przez co wygląda jak wyciągnięty ze skeczu SNL).

Na sam koniec biję pokłony Jamesowi Franco w jego roli życia, który zmierzył się z postacią Tommy’ego Wiseau i wyszedł ze starcia obronną ręką. Nie jest on kopią twórcy, a jego aktorskim portretem. A niech mu będzie – reżyserii też gratuluję. Co się naśmiałem i nastresowałem to jednak w większości jego zasługa.

Ocena: 7/10

/R

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s