„Solid Gold”, reż. Jacek Bromski (2019)

Przeczucie od początku podpowiadało mi, że film sensacyjny, nawiązujący już tytułem do pewnego niesfornego przedsiębiorstwa finansowego, może nie należeć do najlepszych. Niemniej jednak postanowiłem odłożyć moje predykcje na bok – w końcu na kadrze promocyjnym obecni są Seweryn z Łukaszewiczem, reżyser ma na koncie znane i lubiane produkcje, a w zeszłym roku Pasikowski „Ostatnim psem” pokazał, że potrafimy nakręcić dobre kino policjantów i złodziei. Gdy zobaczyłem pierwszy kadr z tytułem napisanym tandetną czcionką, przypominającą te, które można było zobaczyć w grach na PlayStation 2 z 50 Centem w roli głównej, już wiedziałem, że przeczucie było przepowiednią.

Zaczyna się intensywnie – w przeciągu pierwszych dwudziestu minut widzimy na szybko koordynowaną akcję policyjną, zabójstwo przy użyciu noża, niekrótką scenę mściwego gwałtu, ucieczkę z eliminację kilku bandytów bronią palną i na koniec chlanie pod prysznicem (tak żeby się wkręcić w kino artystyczne). Potem akcja przenosi się osiem lat do przodu i rozpoczyna się „film właściwy”. Wiecie, tajna komórka CBŚ, powrót funkcjonariuszki na służbę, założyciel Solid Gold jako mafijny boss, rosyjscy gangsterzy, skorumpowani politycy, nieudolna policja, emerytowany generał, co trzęsie polską sceną polityczno-finansową, wtyki, kradzieże i morderstwa. No nie chce mi się nawet tego streszczać.

Nie żeby fabuła była jakaś przesadnie zła. Wszystko się w teorii nawet klei i obserwuje się to bez zażenowania, ale „nawet klei” i „bez zażenowania” nie wystarczy na wartościowy seans. Pełno tu niepotrzebnych wątków, nużących rozmów i pozbawionych ikry scen. Jacek Bromski w trakcie spotkania z widownią pozwolił sobie nazwać swoje dzieło „thrillerem psychologicznym”, ale ani napięcia, ani igrania z psyche się tu nie uświadczy. Teoretyczna „gra umysłów”, rozgrywająca się pomiędzy przełożonym głównej bohaterki a właścicielem tytułowego przedsiębiorstwa, nie daje o sobie znać, a na pewno nie do tego stopnia, by miało się ochotę zwracać na to uwagę. Produkcja, która trwa niemalże 2,5 godziny nie potrafi w tym czasie zbudować i zaintrygować jakąkolwiek ze swych treści. Kandyzowaną wiśnią na torcie bakaliowym (nie lubię kandyzowanych wiśni i tortów bakaliowych) niech będzie to, że zakończenie przychodzi nagle, bez wcześniejszego zbudowania napięcia i swoją bylejakością frustruje do tego stopnia, że niedowierzając samemu sobie, chciałem, żeby to wszystko potrwało jeszcze chociaż kilka minut i dało jakieś sensowne podsumowanie.

Najbardziej szkoda mi plejady aktorów, która stworzyła tu kilka naprawdę dobrych kreacji. Bez niespodzianki Andrzej Seweryn (Kawecki, właściciel Solid Gold) i Janusz Gajos (Nowicki, oficer CBŚ) przypominają, że słusznie rezydują na szczytach polskiego aktorstwa. Piotr Stramowski zaskakująco naturalnie łączy w sobie twardego gangstera i strachliwie zestresowanego podwładnego. Andrzej Konopka już w „Córkach dancingu” pokazał, że świetnie wychodzi mu wykorzystywanie młodych kobiet w branży rozrywkowej. Artur Żmijewski pojawia się na kilku minut, zabierając sobie scenę na własność. Maciej Maleńczuk gra Maćka Maleńczuka.

Ale jeśli myśleliście, że wszystkim w obsadzie oszczędzę chochli pomyj, to się grubo mylicie. Jak można było obsadzić Martę Nieradkiewicz w głównej roli nieustępliwej policjantki, nie mam pojęcia. Sztuczność wypowiadanych przez nią kwestii jest porażająca. Kiedy ma zagrać twardą, jest śmieszna – aktorce bluzgi przechodzą przez gardło ciężej niż 14-letniej kujonce. Gdy przychodzi jakakolwiek scena z jej udziałem, prosi się o prędkie przejście na wątek poboczny. Jej rola skutecznie osłabia Bromskiemu film i jest murowanym kandydat do antynagrody Węża.

Mógłbym dalej wymieniać kolejne wady „Solid Gold”, jak choćby zdjęcia Arkadiusza Tomiaka zadymione tak bardzo, że u obecnego na sali strażaka wywoływały zawodowe zaniepokojenie (to nie żart), ale to już kopanie leżącego. Zwróćmy oczy gdzie indziej. Pojawiły się ostatnio plotki jakoby TVP, które jest koproducentem filmu, miało wykorzystać go w celach propagandowych przed nadchodzącymi wyborami. Akson Studio (dom produkcyjny) ustosunkowało się do tych informacji, ale żąda wyjaśnień od Jacka Kurskiego. Popierający opozycję aktorzy obawiają się o niezgodne z ich przekonaniami wykorzystanie ich wizerunku. Ja ze swojej strony nie mam zamiaru dociekać, co jest prawdą a co nie, ale zapewniam Was, że obserwacja tej mini-afery sprawi Wam więcej przyjemności niż oglądanie „Solid Gold”.

OCENA: 3/10
/R
———-
Cieszę się, że piszę w tej recenzji jako drugi, bo czytając część Rafała mogłem przypomnieć sobie ten film. Zostaliśmy zaproszeni na pokaz (bardzo) przedpremierowy, mogliśmy uczestniczyć w dyskusji-panelu z reżyserem, co zawsze jest na swój sposób fajne, miły sposób na spędzenie wieczoru. No ale filmu nie pamiętam za bardzo.

Nawet nie wiesz jak bardzo korciło mnie, żeby nie pisać kolejnych akapitów. Skoro już jednak Rafał odświeżył mi pamięć (a zabieram się za swoją część z opóźnieniem, zmotywowany w końcu ciągłym smuceniem konia przez mojego redakcyjnego partnera), wypadało by doczłapać do jakiegoś przyzwoitego wyniku, jeśli chodzi o ilość znaków. Jako że nie mam jednak wiele do dodania jeśli chodzi o ocenę filmu, postaram się przypomnieć sobie kilka przemyśleń około-seansowych z tamtego jakże zapominalnego seansu.

– Każda tego rodzaju produkcja tylko przypomina mi, jak dobrym filmem były „Psy”. Ba, każda taka produkcja przypomina mi, że „Psy 2” w rzeczy samej nie były wcale tak złym sequelem. Relacja policjanta i gangstera stworzona przez Gajosa i Seweryna zdaje się przywoływać namiastkę tamtego klimatu. Wtedy jednak, po cięciu, pojawia się Marta Nieradkiewicz, która reprezentuje sobą wszystko to, czym nie był Bogusław Linda, kiedy wprowadzał polskie kino w nową erę. Reprezentuje ona raczej to, czym była Joanna Czechowska, kiedy wynosiła serial W11 do rangi memu.

– Jeśli się nad tym zastanowić, serial W11 też wprowadził nas w nową erę – erę paradokumentów. To było w 2004 roku! Serial W11 chyba wyprzedził trochę swoje czasy. Po krótkim namyśle przepraszam Panią Nieradkiewicz, chyba tej roli nie doceniłem.

– „Solid Gold” zostało współfinansowane przez Gdynię, a co za tym idzie, to właśnie to miasto stało się głównym miejscem akcji. To taki rodzaj promocji miasta za pośrednictwem sztuki, który działa. Skąd wiem, że działa? Dowiedziawszy się o miejscu akcji, niektórzy postanowili pierwszy raz w życiu pójść na film do kina. Cały trzeci rząd zajmował się głównie debatowaniem na temat tego, jaką miejscówkę widzimy właśnie na ekranie. Kiedy miejscówka nie była możliwa do ustalenia, temat zbaczał na to, że Grażynka ostatnio polecała taką kawiarnię. Najzabawniejsze jest to, że pogaduchy przez cały czas trwania seansu nie były wyrazem dezaprobaty. W opinii rozgadanych pań, film był – cytuję – fantastyczny. Come on, po prostu wyjdźcie na spacer.

– Widownia na spotkaniach klubów filmowych jest praktycznie zawsze niezwykle miła – jest to plusem oczywiście, bo atmosfera spotkań z twórcami z reguły nie zbacza na niezręczne rejony. Zastanawiający jest jednak fakt, że każdy – nie przesadzam – każdy film zaprezentowany w ramach takiego pokazu spotyka się z ogromnym zachwytem. No za każdym razem z sali leją się strumienie podziękowań, uznania i w ogóle Złote Lwy akonto. Nie zrozum mnie źle, nie chciałbym, żeby reżyser zaszczycający nas swoją obecnością musiał wysłuchiwać krytyki, bo to byłoby pewnie niezręczne. Generalnie jednak głosy zachwytu z sali po słabym filmie zawsze są dla mnie rekompensatą za brak rozrywki na przestrzeni wcześniejszych dwóch godzin. Serio, w całym filmie nie było śmieszniejszej kwestii niż „Pokazał Pan, że można zrobić w Polsce dobre, porywające kino sensacyjne”.

– Przepraszam, była w filmie śmieszniejsza kwestia. Kiedy jeden z watażków obija przetrzymywanego w piwnicy dealera, który zalega z pieniędzmi i uderza go z całej siły w twarz:
-Ała, złamałeś mi nos! -Na chuj ci nos.

– Ok, wybacz, teraz już nie ma potrzeby, żebyś to oglądał/a.

OCENA: tyle co Rafał/10
/K

„The Dead Don’t Die” reż. Jim Jarmusch, (2019)

„The Dead Don’t Die” to film, który bardzo łatwo zobaczyć przez przypadek. Przed pójściem do kina nikt nie oczekuje od Ciebie zrobienia researchu, obejrzenia wcześniejszych filmów danego reżysera, przeczytania czegoś na jego temat, czy nawet obejrzenia zwiastuna – sam najczęściej tego nie robię. Jeśli masz ochotę na horror o zombie i liczysz na klasyczną rozrywkę z gatunku kina grozy, plakat i tytuł nowego filmu Jima Jarmuscha mogą Cię zachęcić. Jeśli tak się właśnie stanie, to wylądujesz na sali kinowej oglądając zupełne przeciwieństwo tego, czego oczekiwałeś. Nie jestem jednak pewien, czy będziesz tym rozczarowany.

Jim Jarmusch to specjalista od „antykina”, a więc tworzenia filmów w taki sposób, by ich forma i treść podważały zasady rządzące kinem jako medium. Zasady, o których na bieżąco jako odbiorca tego medium w ogóle nie myślimy. Kino jako sztuka – a zwłaszcza kino gatunkowe – jest dla odbiorcy intuicyjne dzięki wcześniejszemu doświadczeniu z podobnymi tworami, rządzącymi się pewnymi umownymi zasadami. Zasady są jednak po to, aby je łamać i z tego założenia po raz kolejny wychodzi Jim Jarmusch, tworząc antyhorror, który neguje prawidła fabularne i gatunkowe w całej swojej rozciągłości.

Akcja filmu toczy się w malutkiej mieścinie Centerville w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Życie stereotypowej, małomiasteczkowej społeczności, zakłócają dziwne zjawiska atmosferyczno-astrologiczne, oraz fala żywych trupów, wypełzających z miejscowego cmentarza. Nieumarli bynajmniej jednak nie stają się pretekstem dla zaistnienia klimatu grozy i niepokoju, czy przerażenia bohaterów. Wszyscy zdają się przyjmować zaistniałą sytuację ze względnym spokojem, nieprzystającym do horroru o powstających z grobu zombiakach.

Teoretycznie możesz się przyczepić do wszystkiego – do nienaturalnych dialogów, do bezużytecznych postaci epizodycznych, których wątki prowadzą donikąd, wątku miłosnego który się nie wydarza, czy niepasującego do klimatu małomiasteczkowych Stanów robienia z Tildy Swinton szkockiej wersji Kill-Billa. Nic się tutaj nie trzyma przysłowiowej kupy, czwarta ściana łamana jest notorycznie, a absurd i nielogiczność każdego z filmowych elementów składają się na obraz, który może być niezrozumiały.

Sporo utrudnia końcowa sekwencja. Pustelnik Bob, będący na przestrzeni całego filmu postronnym obserwatorem, wygłasza bardzo patetyczną i podniosłą pointę, która sugeruje, że zombie to alegoria współczesnych mas ludzkich, których ideologią przewodnią jest konsumpcjonizm. W istocie, nieumarli w tym uniwersum po powstaniu z grobu ciągnęli do tego, co najbardziej kochali za życia i były to takie rzeczy jak kawa, gadżety i darmowe Wi-Fi. To zakończenie, pozornie nadające filmowi warstwę filozoficzną na pierwszy rzut oka jest wręcz fatalne. Jim Jarmusch jednak nigdy nie zrobił jeszcze filmu z morałem i tym razem z obrazu wybija raczej nihilizm i chęć zabawy formą przez dekonstrukcję schematu. Kluczem do zrozumienia ironii zakończenia jest chyba sentencja rzucona przez RZA z zespołu Wu-Tang Clan na końcu jego epizodycznej roli. Sentencja emanująca autoironicznym patosem i intelektualnym kiczem.

Skoro już wspomniałem o RZA, który nie pierwszy raz wystąpił gościnnie u Jima Jarmuscha, nie sposób nie wspomnieć o całej plejadzie gwiazd, która rozbłysnęła na ekranie. Wspomniana już Tilda Swinton nie pierwszy raz stała się inspiracją dla Jarmuscha, który znów ewidentnie napisał rolę pod nią i jej specyficzny urok. Podobnie sytuacja ma się z Adamem Driverem, Billem Murray’em, Stevem Buscemi, Tomem Waitsem, czy nieśmiertelnym (paradoksalnie) Iggy Popem. Wszyscy oni są świetni, wszyscy oni doskonale rozumieją antyfilmowy język Jima Jarmuscha i w nieco sztywny sposób odgrywają dialogi, będące w większości tak charakterystycznym dla tego reżysera smal-talkiem.

Jeśli poszedłeś do kina na horror z zombiakami i nie wiedziałeś, że może Cie spotkać coś takiego, możesz być zdziwiony. Możesz i masz prawo być rozczarowany, bo to ten rodzaj filmu, który łatwo może się nie spodobać – również widzowi świadomemu tego, co za chwilę zobaczy. Możesz jednak – niezależnie od znajomości wcześniejszych dokonań Jarmuscha, niezależnie od znajomości filmowych schematów i świadomości tego, jak są dekonstruowane – bardzo dobrze się bawić na zabawnym filmie o zombie. Pozwolę sobie zamknąć ten krótki jak na poziom mojej miłości do Jarmuscha panegiryk, słowami mojego brata, który w życiu widział dwa filmy Jarmuscha i kinem interesuje się raczej wyrywkowo: „W ogóle nie rozumiem o co w tym chodziło, ale fajne to było”.

8,5/10

/K

„Midsommar. W biały dzień”, reż. Ari Aster (2019)

Żyjemy w XXI wieku – mamy za sobą tysiące lat rozwoju kultury i ewoluowania kolejnych ich nurtów. Nasz rozwój na tym polu jest tak dalece posunięty, że prostota przestaje nas zadowalać – i bardzo dobrze. Ta daleko idąca złożoność naszej kultury – w coraz większym stopniu także masowej – sprawia, że każdy kolejny twór nie może zostać zaklasyfikowany jako przynależny do jednej tylko wypracowanej szufladki, bo trąci banałem. W dużym uproszczeniu nazywamy to postmodernizmem, a w jeszcze większym uproszczeniu stwierdzamy, że przecież wszystko już było i nie da się wymyślić nic nowego. Remiksy i kolaże też potrafią być jednak twórcze – w obliczu braku nowych form, być może pozostają twórczymi jako jedyne – nie wiem tego na pewno. Przy założeniu skończoności formatów, dziwią mnie zarzuty pod adresem jednego czy drugiego filmu, że nie jest wystarczająco horrorem. No bo ktoś poszedł na „Us” albo „Midsommar” i uznał, że to nie są horrory – no nie były nawet straszne.

No i co z tego, że nie były straszne? Co z tego, że nie spełniły założeń scenariuszowych przynależnych do gatunku jakim jest horror? „Midsommar” po dosyć długim podprowadzeniu dociera do takiego momentu, w którym zaczyna się całkiem stereotypowe budowanie grozy. Kolejne postaci znikają w tajemniczych, choć bardzo czytelnych dla widza okolicznościach i można odnieść wrażenie, że za chwilę dostaniemy ten horror, na który czekamy. Że za chwilę ujawni się czyhające zagrożenie (które dało się przez minioną godzinę wyczuć, a nawet odczytać), a bohaterowie będą przez najbliższą godzinę uciekać i wymykać się, aż w końcu przechytrzą przeciwności. No i to się w ogóle nie dzieje – kiedy dochodzi do momentu, w którym oczekiwać można by było tego horrorowego zwrotu scenariuszowego, dzieje się coś zupełnie innego, a podyktowana wcześniej logicznymi przyczynowo-skutkowymi zależnościami historia przechodzi w pewien rodzaj transu – rytuału, który kompletnie zmienia sposób doświadczania filmu.

Ten akapit wielu mogłoby odebrać jako zarzut, a ja właśnie za to uwielbiam współczesne kino. Nauczyło mnie ono, że jeśli film trzyma się sztywno ram gatunkowych, to najczęściej jest – świadomie bądź nie – parodią. Gatunkowość sama w sobie straciła na wartości, a wartością może być w większym stopniu jako jedna z cech czegoś bardziej złożonego. I w ten sposób Ari Aster buduje pewne oczekiwania, których koniec końców nie spełnia, co moim zdaniem jest również bardzo satysfakcjonujące. To rodzaj wodzenia odbiorcy za nos – przy czym jest to wodzenie bardzo umowne, ponieważ trudno dopatrzeć się w tym przypadku jakichś skomplikowanych zwodów fabularnych.

O stopniu skomplikowania fabularnego w ogóle nie warto w przypadku „Midsommar” wspominać. Historia jest zlepkiem kilku reprezentatywnych dla amerykańskiej kultury klisz – horroru z charakterystyczną grupą protagonistów i nastoletnich wakacyjnych komedyjek. Są one na swój sposób parodystyczne i bardzo umowne, co podkreśla choćby dość proste podejście do elementów aktorskich. Koniec końców zabawy można się doszukać w elementach innych niż tych charakteryzujących kino gatunkowe – w satysfakcjonującej dla oka warstwie wizualnej, odnoszącej się do współczesnych problemów społecznych filozofii filmu, w przekazywanym na kilku różnych płaszczyznach kontraście, czy w końcu – to zabawa dla osób znających się na filmie bardziej ode mnie (summon Rafał) – odniesieniach do klasyki kina niezależnego w najróżniejszych formach.

„Midsommar” to doświadczenie, filmowe przeżycie, nie mające nic wspólnego z poznawaniem kolejnych etapów scenariusza i śledzeniem wydarzeń. To jest doświadczenie na poziomie estetycznym, tak jak doświadczeniem jest chociażby słuchanie muzyki ludowej. Nie szukamy w niej treści, tylko staramy się poczuć klimat, który oddaje utwór za pomocą swojej formy. W przypadku najnowszego filmu Astera jest to o tyle spójne, że to audiowizualne doświadczenie formy jest spójne z treścią, której główną osią jest przecież rytuał – nielogiczny, nie mający zrozumiałego uzasadnienia, a jednak bardzo angażujący, dający się porwać i wciągnąć bez reszty. Czuję, że jest to swego rodzaju manifest o filmie w ramach filmu – Ari Aster mówi nam o tym, byśmy potrafili wzorem głównej bohaterki oderwać się od znanych nam już schematów – reprezentowanych gatunkowymi kliszami – dając się porwać czemuś bardziej abstrakcyjnemu, dającemu dalece więcej satysfakcji i spełnienia. Nie szukajmy kolejnej części Piły, dalszych losów nawiedzonych laleczek i upiornych sióstr zakonnych. To wciąż te same historie, które już przecież znamy – a czy powtarzalność ma jakąkolwiek wartość, jeśli nie potrafimy jej nadać znaczenia rytualnego?

OCENA: 8+/10

/K

Zostałem przyzwany, więc czuję się teraz w obowiązku do napisania kilku akapitów a przy okazji wejścia z tekstem Kamila w trochę polemiki. Wezwanie mówi o poszukiwaniu odniesień do klasyki kina niezależnego, ale nie będę ich szukał w samym filmie, zamiast tego zaczynając tekst od kapki historii kinematografii (która zawiera spoilery do filmu sprzed 60 lat, żeby nie było, że nie uprzedzałem).

W 1959 na festiwalu w Cannes miała premierę „Przygoda” Michelangela Antonioniego. Tutaj mały skrót fabuły: W trakcie rejsu po Morzu Śródziemnym Anna znika bez śladu. Jej partner Sandro i przyjaciółka Claudia rozpoczynają poszukiwania, jednak wraz z rozwojem fabuły coraz bardziej zapominają o pierwotnym celu by finalnie skupić się na sobie nawzajem i pozostawić tajemnicę nierozwiązaną.

Pierwszy pokaz filmu spotkał się z niezwykle nieprzychylnym odbiorem. Widownia buczała na długich sekwencjach, które nie popychały intrygi do przodu, śmiała się w trakcie co bardziej emocjonalnych scen. W kuluarach głośno domagano się wyjaśnienia losów Anny. Antonioni i zapłakana Monica Vitti uciekli z sali kinowej jeszcze przed napisami końcowymi. Trzy lata później „Przygoda” trafiła na drugie miejsce wydawanej co dekadę listy najlepszych filmów wszechczasów magazynu Sight & Sound.

Nie piszę tego by zasugerować, że taka sama sława czeka „Midsommar”. Mi ten film podoba się zdecydowanie mniej niż Kamilowi. Bardziej chce zwrócić uwagę na to, że intencjonalne odbieranie satysfakcji widzowi nie jest w tej branży niczym nowym. Z drugiej strony jednak analogii nie sposób nie dostrzec. W filmie Astera grupa przyjaciół wybiera się na zaproszenie kolegi do Szwecji, by wziąć udział w 9-dniowym rytuale. Przyjezdni zaczynają znikać a główni bohaterowie niespecjalnie cokolwiek z tym robią. Widownie wydają się znudzone etapami „nicniedzianiasię” i parskają śmiechem w trakcie niektórych rytualnych scen. Oczywiście tutaj zakończenia nie będę zdradzał ani zapowiadał.

Niestety w przypadku „Midsommar” podzielam część niezadowolonych głosów. Mój poprzednik wyraźnie chwali to, jak reżyser buduje przed nami horror, po czym wyrzuca dalszy jego rozwój do śmieci, skupiając się na innych elementach filmu. Mi jednak to podejście nie pasuje. Rebelia wobec gatunku polegająca na kompletnym jego odrzuceniu, po tym jak przez pierwszą godzinę kurczowo się go trzymano nie robi na mnie większego wrażenia, a już na pewno mi nie imponuje. Szczególnie, że Aster pod sam koniec filmu powraca do horrorowych tropów by trochę na odwał podomykać wątki i przyznać, że no tak tak, no miał to być film grozy. Jako fan postmodernizmu i horroru nie chcę negacji zasad tylko takich alteracji w ich ramach, które sprawią, że pojawi się przede mną coś niezwykłego i wcześniej niespotykanego.

Ale spokojnie, zanim ktoś wyciągnie zbyt pochopne wnioski – „Midsommar” nie jest złym filmem. Moje zagniewanie wobec narracji wyklucza go z potencjalnych kandydatów do zestawień najlepszych produkcji tego roku, ale część jego elementów, z folkowym klimatem na czele, zwyczajnie muszę docenić.

Piony scenograficzny i kostiumograficzny wykonały świetną robotę, ozdabiając produkcję skandynawską sztuką ludową. Budynki, malunki, stroje, wnętrza – wszystko celnie i intrygująco łączy kicz z niepokojem. Zaś wszystko to zostało fantastycznie sfotografowane przez Pawła Pogorzelskiego. Jego ciekawie zrealizowane najazdy kamery i pomysłowe kompozycję są fundamentem całej warstwy wizualnej filmu. Bez polskiego operatora „Midsommar” straciłby jakąś ćwierć powabu. Drugą taką ćwierć Kamil gdzieś smutno zagubił mówiąc o „dość prostym podejściu do elementów aktorskich”. Tak jak oczywiście wiem co miał na myśli, tak też sformułowanie to pozostawia świetną, główną rolę Florence Pugh gdzieś na uboczu. Potężny wysiłek psychiczny i fizyczny jaki musiała włożyć w tę pełną płaczy, krzyków i jęków rolę definitywnie nie poszedł na marne. A jak już tak chwalę, to tylko dołożę bezspoilerowe wyrazy uznania za dziecko-proroka. Takie właśnie symbole lubię. Szkoda tylko, że jego potencjał nie został w pełni wykorzystany, co w sumie mógłbym przedstawić jako zarzut do całego filmu.

W kilku co bardziej fantazyjnych scenach i motywach Ari Aster udowadnia, że jest w stanie intrygować. W przyszłości chciałbym się przekonać, że potrafi też zachwycać. Sztuka ta przy „Midsommar” mu jeszcze nie za bardzo wyszła, ale z najlepszymi życzeniami na przyszłość czekam aż mu się uda.

OCENA: 6/10

/R

„Detektyw Pikachu” reż. Rob Letterman (2019)

Przed seansem widziałem i słyszałem wiele opinii znajomych, że to film co najwyżej średni. Pozytywnie się więc zaskoczyłem, bo Detektyw Pikachu dostarczył mi sporo dobrej zabawy – dosyć nieoczywistej. Wydaje mi się, że dostrzegam cechy zniechęcające tak wielu widzów do tego obrazu. Wydaje mi się też, że to te same cechy, które na swój pokrętny sposób sprawiały mi przyjemność. Ekranizacja Pokemonów to film wyjątkowo prosty, jakby się nad tym zastanowić. Spójrzmy na fabułę zapominając na chwilę, że połowa postaci to animowane, kieszonkowe potwory. Młody chłopak z prowincji dowiaduje się o śmierci swojego ojca, będącego uznanym gliną w wielkim mieście. Na miejscu dowiaduje się, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Łączy siły z byłym partnerem ojca, próbując rozwiązać wielką zagadkę – w międzyczasie buduje więź z partnerem, co działa oczyszczająco na jego wcześniejszą relację z ojcem. Proste, sztampowe i… Bardzo dobrze. Ten prosty zarys wrzucony jest w abstrakcyjny świat Pokemonów. To w jaki sposób jest w niego wrzucony ma chyba największe znaczenie – film jest przede wszystkim zabawą tym, co oferuje uniwersum stworzone przez Nintendo na potrzeby prostej gry RPG około 20 lat temu. Wszystkie absurdy wynikające z uproszczeń stosowanych na potrzeby gry znajdują swoje odbicie w filmie. Młody chłopak wychowujący się bez ojca, wyruszający na przygodę w celu ratowania świata? Jest. Rozterki etyczne odnośnie tego, że Pokemony to jakby zwierzęta, więc zmuszanie ich do walki nie jest zbyt moralne? Jest. Wielka organizacja chcąca zniszczyć świat przedstawiony i wielki zły charakter, wyjawiający protagoniście wprost cały swój misterny plan? Oczywiście.

To jest seans dziwaczny i twórcy są tego w pełni świadomi. Film ani na moment nie stara się złapać widza na nostalgię – nawiązania do kultowej serii gier są, ale bardzo stonowane. Muzyka przywodząca na myśl bitowe utwory z gry pojawia się, ale też nie wychodzi na pierwszy plan. Sam design Pokemonów, wzbudzający na długo przed premierą kontrowersje, nie stara się na siłę przypomnieć nam prostych projektów z 3DS’a. Świat Pokemon został przez twórców ugryziony trochę w oderwaniu od pierwowzoru, jeśli chodzi o klimat. To ciekawe, bo sprawia to, że na uniwersum, do którego przywykliśmy przez 20 lat, możemy spojrzeć ze świeższej perspektywy. To powoduje dysonans poznawczy. Dysonans sprawia, że jest dziwnie, a ta dziwaczność daje sporo satysfakcji – przynajmniej mi. Różnicę robi tutaj w moim odczuciu świadome podejście twórców. Wiecie, seria Transformers też pokazuje kompletnie bezsensowny świat, w którym roboty z kosmosu z jakiegoś powodu mają kształt projektów samochodów powstałych na ziemi znacznie później niż one same. Różnica jest taka, że twórcy Transformers nie wiedzą, że to co robią mnie bawi. Twórcy Detektywa Pikachu to wiedzą i umiejętnie tym kierują. Cóż, w miarę umiejętnie.

Cały ten niepowtarzalny klimat, naładowany kliszami, które tylko przydają groteskowego nastroju, poprowadzony jest wzdłuż linii fabularnej, która jest prosta i bardzo typowa. Z jednej strony rozumiem celowość tych wszystkich oczywistości scenariuszowych, które podkreślają tylko ten absurdalny obrazek, tworząc piękną bańkę. Czasem jednak wtórność opowiedzianej historii przebija się na pierwszy plan. Zwłaszcza w ostatnim akcie, rozwiązanym jak najbardziej typowe współczesne kino akcji. Intryga jest prosta, nie jest specjalnie głęboka i nawet pomimo kilku typowych zwrotów akcji nie angażuje zbytnio szarych komórek. Ale wiecie co? Takie właśnie były i są gry z serii Pokemon. Tak właśnie, teoretycznie w warstwie artystycznej odbiegając znacznie od materiału źródłowego, swoją konstrukcją Detektyw Pikachu oddaje wspaniały hołd swoim growym pierwowzorom. Życzę każdemu reżyserowi takiego podejścia do ekranizacji gier. Słyszałeś, Uwe Boll?

No i oczywiście, Ryan Reynolds jest bardzo dobry i zabawny, ale o tym przeczytaliście już wszędzie indziej.

Jest 7/10 – byłoby 7,5 na dziesięć, ale wśród dziesiątek pokazanych na ekranie Pokemonów nie znalazło się miejsce dla mojego ulubionego. Kurcze no, serio?

PS kadr ze Snorlaxem śpiącym na środku skrzyżowania to subtelny żart na który nie zasługiwałem, ale którego potrzebowałem

/KK

„Sweet Country” (2018), reż. Warwick Thornton

Ja nie mam o tym filmie nic ciekawego do powiedzenia, więc możesz sobie od razu przejść do recenzji Rafała. Nie jest to bynajmniej wina filmu – raczej mojego filmowego lenistwa umysłowego. Z samego obrazu można bowiem wyciągnąć bardzo dużo dobrego jako widz. Oglądając „Sweet Country” można się dobrze bawić, można napawać oczy robiącymi wrażenie aspektami wizualnymi, wyciągnąć jakieś wnioski płynące z przesłania filmu, zagłębić się w scenariuszowe i techniczne szczegóły. Ja ograniczyłem się chyba do pierwszego, maksymalnie dwóch pierwszych podpunktów. Nie żałuję.

Western to gatunek bardzo specyficzny. Nie jestem jego gigantycznym fanem jeśli chodzi o konstrukcję, ale uwielbiam klimat Dzikiego Zachodu. W zasadzie wystarczy mi on, żeby dobrze się czuć z filmem, grą, serialem, czy z czymkolwiek mam do czynienia, a w Ameryce ubiegłych stuleci jest osadzone. Tutaj jednak pojawia się ciekawostka – „Sweet Country” osadzone jest nie w Ameryce, tylko w Australii.

Jak wpływa to na odbiór filmu? W stopniu znikomym. Oczywiście, jeśli ktoś nie zdawał sobie sprawy, albo zdawał sobie sprawę w niewielkim stopniu z tego, jaka była sytuacja Aborygenów jeszcze sto lat temu, to jest to setting ciekawy. Finalnie jednak zupełnie o tym zapomniałem i z biegiem filmu zupełnie wypadło mi z głowy, że to nie ten kontynent, o którym myślę. Aborygeni to świetni Indianie.

Poza tym, że „Sweet Country” to western, jest to też kino z gatunku slow cinema. Jest to nurt który bardzo sobie cenię, kiedy siadam w kinowym fotelu i mogę się odprężyć, napawając wzrok ładnymi obrazkami i ludźmi robiącymi rzeczy. W przypadku tego filmu było czym cieszyć oko – długie zdjęcia pięknych krajobrazów robią robotę. Kiedy jednak fabuła przynosi nam dosyć rozległą sekwencję pościgu, sprawdza się to – według mnie – średnio. Jest ona zbyt wolna, by wzbudzić emocje, oraz zbyt szybka, żeby przeczekać widza i wzbudzić narastające napięcie.

Oczywiście, że nic na temat filmu nie napisałem i bardzo szybko przeszedłem do czepiania się jakichś elementów, które pewnie z punktu widzenia człowieka znającego się na rzeczy nie są żadnym problemem. Tak to jednak niestety wygląda – kiedy pisze się na temat jakiegoś dzieła (zwłaszcza pod pasywno-agresywnym przymusem) od razu do głowy przychodzą tego typu rzeczy. Nic nie jestem w stanie na to poradzić. Znacznie łatwiej skonstruować mi dwa zdania krytyki w stosunku do jakiegoś nieprzekonującego mnie elementu filmu, niż ubrać w słowa fakt, że spędziłem w kinie dwie godziny w przyjemny sposób i wyszedłem usatysfakcjonowany. Nie wiem czym konkretnie, ale usatysfakcjonowany. Wierz mi lub nie, ale kiedy każą mi napisać coś na temat obejrzanego filmu, bardzo nie chciałbym zostawiać czytelnika z frazą „to był fajny film”. Nie tylko dlatego, że słowo „fajny” to w języku pisanym kompletna kompromitacja. Głównie dlatego, że chciałbym utrzymać wizerunek zrzędy i nie zostawiać dobrego wrażenia. Dlatego na koniec mogę napisać tylko: Mudbound było lepsze.

7/10
/K

Wow. To jedna z najmniej mówiących recenzji, jakie w życiu czytałem. Good work boy. No, ale dobra, przyznam Kamilowi jedno – o „Sweet Country” bardzo ciężko coś napisać. Nie żeby film nie miał charakteru, czy coś, ale rzeczywiście wpasowuje się w ten paskudny rodzaj seansów, po których podstawowa fraza cisnąca się na usta to: „nie no fajnie było”. Dlatego też jako perfidny pasożyt nie napiszę własnej recenzji, ale sformułuję krótkie akapity o rzeczach, o których Kamil nie napisał, choć mógł (a może i powinien, pewnie zapomniał – to z tej presji mojej pasywnej agresji).

O czym to w ogóle jest? „Sweet Country” opowiada historię Sama Kelly’ego – w tej roli debiutujący pełnometrażowo Hamilton Morris – aborygena, który broniąc siebie i swojej żony zabija agresywnego, rasistowskiego eks-żołnierza. Bohater wraz z małżonką zmuszony jest do ucieczki przed domniemanie stronniczym wymiarem sprawiedliwości. Ich tropem rusza dwóch żołnierzy, rasistowski sąsiad oraz wysoce uduchowiony biały opiekun aborygeńskiej pary (Sam Neill, ten Sam Neill). Ja to bym tutaj od siebie szybko dodał, że rdzennych mieszkańców Australii raczej intepretowałem jako odbicie czarnoskórych niewolników a nie Indian, ale co tam komu do wizji pasuje.

Kto to nakręcił? Raczej nie znacie. My też nie bardzo. Reżyserem jest Warwick Thornton (bardzo filmowe imię, nie?), którego najpopularniejszym tworem poza „Sweet Country” jest legitymujący się przytłaczającymi 247 głosami na filmwebie „Samson i Dalila” (ale m.in. Złotą Kamerę dla najlepszego debiutu w Cannes za niego dostał). W świecie kina znany jest raczej ze swoich umiejętności operatorskich niż reżyserskich (m.in. zdjęcia do „The Sapphires: Muzyka duszy”). Tu również aktywnie stawał za kamerą – wspólnie z Dylanem Riverem – co wyszło produkcji zdecydowanie na plus. Ich zdjęcia to jeden ze zdecydowanie największych atutów filmów. Zgrabnie łączą realizm „slow cinema” z monumentalizmem dominującej nad człowiekiem natury. Pochwały należą się też osobom odpowiedzialnym za dźwięk, więc ich chwalę – Phil Heywood, Lachlan Harris, Thorn Kellar i Sam Gain-Emery otrzymują oficjalną, recenzencką pochwałę.

A jakieś drugie dno albo metafory były, czy raczej głównie strzelanki? Pif-paf nie było prawie w ogóle, więc jak nie przepadacie za tym, to się nie ma czego bać. Akcji za wiele tutaj nie uświadczycie, ale nie jest to też kino „czynności dla samych czynności”. Fabułę zdecydowanie można potraktować jakąś mniej lub bardziej zgrabną interpretacją. Ja odnalazłem garść motywów metafizycznych i mesjanistycznych, w których umocniła mnie sekwencja umiejscowiona gdzieś w środku filmu. W jej trakcie relacje czasu i przestrzeni między wydarzeniami wydawały się nie mieć najmniejszego znaczenia, więc automatycznie umysł szukał na to wytłumaczeń. Ogólna wymowa obrazu, z gatunku bardziej „przyziemnych”, odnosiła się zaś do morałów człowieka i roli, jakie odgrywają w nich systemy społeczne. Zgodnie z moimi poglądami, zgrabnie i nieprzyjemnie (to atut).

Ocena? Obywatel Kucharski nie zadał sobie nawet trudu napisania finalnej noty, ale jego konto na filmwebie mówi 6 na 10. Ode mnie zaś…

OCENA: 7/10

/R

„Twój Simon” (2018), reż. Greg Berlanti

Drogi Ty,

od dawno nie napisałem do Ciebie ani słowa, ale teraz wracam do częstszej korespondencji. Wybacz. W zamian opowiem Ci o chłopaku, którego ostatnio poznałem w trakcie niespełna dwugodzinnego urlopu gdzieś na przedmieściach jednej z amerykańskich metropolii.

Młodzieniec miał na imię Simon i wiódł swe życie w modelowej rodzinie suburbia Stanów Zjednoczonych Ameryki – jego tata był za młodu rozgrywającym drużyny futbolowej a mama szkolną prymuską. Hobby jego siostry było gotowanie, a pies po popowym artyście wabił się Bieber. Simon robił to, co teoretycznie każdy przeciętny nastolatek – spotykał się z przyjaciółmi, nadużywał kawy a przed wyjściem do szkoły zjadał tylko kęs z pozostawionego mu na stole wykwintnego śniadania (tak, wiem, barbarzyństwo). Nastolatek miał jednak jeden problem – był gejem. Nikomu o tym nie mówił i nie wiedział, jak sobie z tym poradzić. Gdy na portalu internetowym, poświęconym sekretom jego miasteczka, pojawił się wpis anonimowego młodzieńca w dokładnie takiej samej sytuacji jak on, SImon postanowił rozpocząć z nim mailową korespondencję.

W trakcie mojego pobytu udało mi się poznać znajomych nastolatka, ale mimo że wszyscy wspólnie twierdzili, że byli paczką wspaniałych przyjaciół, to ich interakcje wydawały mi się w chwilach śmiechów i zabaw bardzo sztuczne. W sumie to każda z postaci obracających się w środowisku szkolnym, gdy była szczęśliwa, miała głębię charakteru mniej rozgarniętego Pokemona. Każdą z nich mogłem podsumować pojedynczym przymiotnikiem, przez co momentami miałem wrażenie, że przeniosłem się do świata któregoś z sitcomów produkcji Disney Chanel. Na szczęście przynajmniej ich licealny humor był całkiem wulgarny i odważny.

Żadna sielanka nie trwa jednak wiecznie, co niekoniecznie oznacza coś złego. Gdy intryga zaczęła się rozwijać i relacje postaci uderzyły w mniej pozytywne tony, wszyscy stali się zdecydowanie bardziej naturalni. Okazało się, że każdy miał jakieś problemy, o których nie chciał za głośno mówić, każdy nie wiedział czasem, jak się zachować i każdemu zdarzało się czasem zrobić czy powiedzieć coś, czego potem bardzo żałował. Tak jak z autochtonami połączyć się emocjonalnie było mi bardzo ciężko, tak z ich problemami już zdecydowanie łatwiej – co chwila wpadałem w niemałe zażenowanie a raz nawet, przyznaję, w trakcie jednej z rozmów Simona z ojcem autentycznie się wzruszyłem.

Nie chcę jednak za dużo zdradzać, bo sam możesz się z nastolatkiem zapoznać a on Ci całą historię, jak to z jego perspektywy było, wyśpiewa. Tylko uprzedzam, będzie Cię trochę zwodził na manowce, tak jak jego wtedy zwodzono. Nie myśl więc, że wszystko będzie oczywiste i już zaraz wszystko będziesz wiedział. Nastolatkowie nie są tam może zbyt skomplikowani, ale też od razu ich na wylot nie przejrzysz. Za to w trakcie opowiadania Simon będzie Ci puszczał trochę porządnej muzyki – tu The Kinks, tam Warrant, itd.. Nawet kawałek mojego ulubionego numeru z „Kabaretu” odegra. Co plus.

Dobrze się w tej Ameryce bawiłem. Domy mają ładne, auta duże, dziewczyny uśmiechnięte a sekrety dobrze chowane. Co prawda na zbyt wiele dojrzałości emocjonalnej i poważnych rozterek ich tam nie stać, ale nikt się tego po nich nie spodziewał. A co u Ciebie? Jak się czujesz? Odwiedziłeś kogoś interesującego? Czekam niecierpliwie na odpowiedź.

-Twój Rafał

OCENA: 6/10

PS. To pierwszy film stworzony przez jedną z głównych hollywoodzkich wytwórni, w której protagonistą jest nastoletni homoseksualista. Nie za wolno Fabryko Snów?

„Nigdy cię tu nie było” (2017), reż. Lynne Ramsay

„Nigdy cię tu nie było” to kino fenomenalne. Niestety im dłużej zwlekam z napisaniem recenzji obrazu Lynne Ramsay, tym bardziej mam wrażenie, że nie w pełni wiem, co powiedzieć, tak aby moje słowa nie czyniły mu niesprawiedliwości.

W przestrzeni bazy fabularnej „Nigdy…” to kino na wskroś gatunkowe – dręczony traumami weteran trudni się odnajdywaniem na zlecenie zagubionych dziewczynek i karaniem ich porywaczy, ale niespodziewanie jedna z robót idzie nie po jego myśli. Skojarzenia z tytułami pokroju „Uprowadzonej” czy „Transportera” są jak najbardziej na miejscu. Sęk w tym, że Ramsay bierze tę konwencję po czym łączy ją z formą na wskroś artystyczną, udowadniając, że przy odpowiedniej dawce wyczucia i wyobraźni każdy schemat filmowy może nieść za sobą wartości wykraczające poza ramy utarte przez nastawienie na sukces w tabelkach Box Office. Przemoc jest brutalna, ale nacisk reżyserka kładzie nie na akt zabijania, a na ideę destrukcji, często pokazując jedynie to, co zaraz przed i zaraz po kolejnym mordzie, tak aby to wyobraźnia dopisała nam niepotrzebny przebieg. Surowości dopełnia to, że Joe w swoich masakrach posługuje się niemal wyłącznie młotkiem – to też świadomy zabieg Ramsay, bo w powieści, na której opiera się historia, główny bohater tworzy bardziej skomplikowane bronie przy pomocy materiałów budowlanych, ale reżyserce morderczy MacGyver zwyczajnie był nie w smak.

W rolę Joego wcielił się Joaquin Phoenix i jeśli to nie jest jego szczytowa forma, to ja nie mam pojęcia, co jeszcze nas może czekać. Wszelkie krzywdy, których doznał na przestrzeni życia, czy to ze strony ojca, czy okrucieństwa widzianego w trakcie operacji militarnych, są widoczne w każdym jego ruchu. Jego postura jest pokraczna, gesty pełne znerwicowania a poczynania autodestrukcyjne. Ramsay postanowiła pogrzebać w głównych bohaterach kina akcji i zastanowić się jakie traumy i cierpienia siedzą w głowach maszyn do zabijania, i gdyby nie Phoenix z pewnością nie udałoby się jej to tak dobrze.

Jakby tego było mało „Nigdy…” to cudo audiowizualne. Stojący za kamerą Thomas Townend pogodził dynamikę kina akcji, z surowością gore, chaosem nowoczesnego kina miejskiego i powolnym okiem slow cinema. Dorzucić do tego należy rwane ekscesy montażowe (doprawiane przytłaczającymi efektami dźwiękowymi) i parę intencjonalnych braków ciągłości, zaserwowane przez Joe Biniego, a na koniec przyprawić fantastyczną ścieżką dźwiękową gitarzysty Radiohead – Jonny’ego Greenwooda. Ten ostatni po raz kolejny już pojawił się na mym radarze po wielkim zaskoczeniu w „Nici widmo” i mam nadzieję, że jeszcze parę razy będzie mi dane usłyszeć jego dźwięki.

Obraz Ramsay spotyka się wśród opinii publicznej z całkiem sporą dozą krytyki – a to że przekombinowane, a to że proste, a to że nie wiadomo, co chce przekazać i szczerze to… nie mam zamiaru z tym walczyć. Choćbym chciał, żeby było inaczej „Nigdy cię tu nie było” potrzebuje delikatnego przychylenia się do jego koncepcji, inaczej można się od niego odbić. Ale bez względu na wszystko wiem, że to kino, które bez względu na to czy jesteś zaprawionym koneserem Wernera Herzoga, czy może specjalistą od wyczynów Stevena Seagala, może w sobie rozkochać. Tak jak rozkochało mnie.

OCENA: 9/10

/R

„Marlina: Zbrodnia w czterech aktach” (2017), reż. Mouly Surya

Jednym z wspaniałych punktów mojego majówkowego wyjazdu na Maltę było odwiedzenie Spazju Kreattiv – centrum kulturowego w XVI-wiecznym nadszańcu, które mieściło w sobie jedną salę kinową. Tamtejszy repertuar oferował tylko dwa filmy, przy czym „The Square” już widziałem, więc wyboru specjalnie nie miałem i och, jak miło pójść czasem na coś o czym się absolutnie nic nie wie.

„Marlina…” to indonezyjski dramat, który przywrócił po 12 latach tamtejszą kinematografię do Cannes. Omawiając historię pozwolę sobie skrócić pierwszy z jej aktów (zdecydowanie najlepszy), bo to wokół niego kręcić się będą moje komplementy i komentarze. Do mieszkającej na odludziu wdowy przyjeżdża bandyta, który oznajmia, że wraz z grupą kolegów, którzy przyjadą za chwil parę, okradnie ją ze wszystkich zwierząt hodowlanych, ona ugotuje im obiad, a potem wszyscy ją zgwałcą. Marlina zabija każdego z oprawców, który zdecydował się zostać u niej na noc.

W tym pierwszym segmencie „Marlina…” ujawnia wszystkie swoje zalety. Po pierwsze – atmosfera. Gdy główną nutą sceny ma być napięcie i zagrożenie Surya radzi sobie fantastycznie, osiągając swój cel zarówno poprzez inteligentne tempo, jak i proste zabiegi, takie jak intensywny ogień paleniska, który zalewa potem twarz bohaterki. Po drugie – zdjęcia. To, co Yunus Pasolang wyczynia z kamerą we wnętrzach, to jest dzieło sztuki. Jego statyczne, klaustrofobiczne, idealnie wypełnione przez scenografa ujęcia proszą się o umieszczenie w albumach. Z plenerami radzi sobie on również dobrze, ale tam aspekty wizualne ograniczają się do estetyki, nie niosą ze sobą żadnej wagi. Po trzecie – muzyka. Arfani i Khaseli postawili na dominację gitary elektrycznej, akordeonu i pianina. Trio może i nie w pełni oczywiste, ale wyraźnie konstruujące klimat całego obrazu – dalekowschodniego, kobiecego, nowoczesnego westernu.

Wtrącę tutaj szybko mały akapit, o tym, że obraz Suryi jest kinem na wskroś feministycznym. Zaskakująco, pomimo że postacie męskie są albo na wskroś złe albo bezużyteczne lub chociaż niemrawe, to reżyserce udało się uniknąć niezbyt wartościowego systemu pt. „jacy ci faceci beznadziejni a kobiety takie uciśnione”. Dzięki położeniu nacisku na silnej postaci żeńskiej i jej wytrwałym zmaganiom, Surya stworzyła kino o sile i wartości kobiet, które nie chce uprawiać tanich morałów.

Gdzie jednak negatywy? Po pierwszym akcie przychodzą następne trzy, które wypadają słabiej przez niemrawy scenariusz, którego motywy nie współgrają z mocnymi stronami reżyserki. Na szczęście wszystkie walory techniczne zostały zachowane, dlatego akty od II do IV nie męczą, tylko po prostu nie są w stanie już zachwycać. Po wyjściu z kina myślałem o tym, że wolałbym zobaczyć pierwszą ćwierć rozwleczoną na pełnometrażowy film.

„Marlina…” była intrygującym doświadczeniem, zarówno dzięki lokacji, w której ją oglądałem, jak i lokacji, z której film pochodził, bo nowe zbliżenia do kultur mi relatywnie obcych zawsze są dla mnie źródłem zaciekawienia. Przepowiadam – dajcie Suryi historię z interesującą intrygą, która rozgrywa się głównie we wnętrzach oraz Pasolanga za kamerą i jest spora szansa na to, że dostaniecie indonezyjskie arcydzieło.

OCENA: 7/10

/R

„Player One” (2018), reż. Steven Spielberg

Moje ostatnie zderzenia z blockbusterami wypadały mocno różnie, a i bezwstydnie przyznam, że w najnowszy film Spielberga najzwyczajniej w świecie nie wierzyłem. I choć zapierałem się rękami, nogami i gówniażerską pretensjonalnością, to nic z tego – na „Player One” bawiłem się naprawdę dobrze.

Zacznijmy od tego, że jeśli nie jesteś fanem kultury popularnej ostatnich kilku dekad (szczególnie tej amerykańskiej), to prawdopodobnie nie masz czego tu szukać. Historia Wade’a – 18-latka, którego złośliwi nazwać by mogli podług języka medycznego męskim schorzeniem wrodzonym lub nabytym polegającym na zwężeniu ujścia napletka (źródło – Wikipedia), jest niczym innym jak festiwalem easter-eggów i nawiązań. Oczywiście, jeśli nie wiesz, kim jest Tracer, Duke Nukem, Jim Raynor, czym jest Railgun, Święty Granat Ręczny, DeLorean, albo nie słuchałeś nigdy Rushu, Van Halena, czy Duran Duran, to znaczy, że nie będziesz się dobrze bawił… ale prawdopodobnie tak będzie. Zamysł fabularny jest następujący: w niedalekiej przyszłości niemalże całe życie społeczne odbywa się w wirtualnej grze OASIS, która łączy w sobie całą naszą dotychczasową kulturę, w której każdy może być każdym. Jej twórca zaszył w niej trzy klucze, które doprowadzić mają do Easter Egga. Kto je zdobędzie, zyskuje panowanie nad światem gry i pół biliona dolarów. Ale nie o skomplikowany scenariusz tu chodzi. Chodzi o celebrację popkultury.

Oczywiście część fabuły rozgrywa się również w prawdziwym, szarym świecie, rządzonym przez złe korporacje, ale segmenty w nim umiejscowione są zdecydowanie mniej interesujące. To samo tyczy się też wydźwięku całej historii i ewentualnych mini-lekcji w stylu „no fajnie jednak czasem żyć poza grą”. Na szczęście nie są one ani zbyt uciążliwe, ani też zbyt moralizatorskie, bo też nie o tym jest film.

To, co w „Player One” najlepsze, to nieskrępowana niczym zabawa, nieograniczana przez jakikolwiek wymiar racjonalności. Sceny szaleńczej akcji w ekstazie barw i dźwięków to czysta przyjemność, potęgowana kolejnymi, zauważonymi kątem oka postaciami czy przedmiotami z ukochanych filmów, gier, czy komiksów. Apogeum w tej przestrzeni obraz osiągnął dla mnie w segmencie bezpośrednio powiązanym z ukochanym przeze mnie „Lśnieniem” Stanleya Kubricka, którego możliwość zrealizowania podyktowana była chyba jedynie przyjaźnią, istniejącą pomiędzy dwójką reżyserów. Jeśli chcesz uniknąć jakichkolwiek spoilerów, przejdź sobie od razu do następnego akapitu. POCZĄTEK SPOILERÓW Aby zdobyć drugi z kluczy wirtualne postacie „wchodzą” bezpośrednio do legendarnego horroru i to nie do komputerowego odpowiednika, a do rzeczywistych scen wykorzystanych w filmie, z osławionym pokojem 237 włącznie. Zestawienie nowych bohaterów kina młodzieżowego, celebrującego czasy minione z rzeczywistymi kadrami cuda lat 80. wywołało u mnie dziecięce szczęście, jakiego dawno w kinie nie czułem. KONIEC SPOILERÓW

Fascynującym jest dla mnie fakt, że Spielberg pomimo tak nowej formy (większość filmu, będąca pełnym CGI), potrafił zachować feeling kina przygodowego, które tworzył dekady temu. Dziś już niemal nie kręci się takich filmów. To, na co głównie chodzi dzisiaj młodzież, ma zdecydowanie inną formułę niż ich odpowiedniki sprzed 20 lat. Konieczność problemów moralnych bohaterów, mrok, niekonieczne happy-endy występują w kinie blockbusterowym, kierowanym często do niepełnoletnich, stosunkowo od niedawna. Legenda branży stara pogodzić się oba nurty i choć czasem prowadzi to do dysonansu, to nie sposób nie przyklasnąć jego wysiłkom. Wyobrażam sobie sytuację, w której ta produkcja staje się jedną z tych, na której ktoś kiedyś powie, że się „wychował”.

„Player One” to frajda. Z papierowymi postaciami, prostym scenariuszem, amerykańskim patetyzmem, ale frajda. Jeśli jak ja, kochasz tę często deprecjonowaną przez wielce dorosłych i poważnych popkulturę, to powinieneś się dobrze bawić. Jeśli nie kręcą cię takie klimaty, to spokojnie możesz sobie odpuścić.

OCENA 7/10

/R

„Ciche miejsce” (2018), reż. John Krasinski

Nigdy nie byłem fanem horrorów. Koncept bania się w celu sprawiania sobie przyjemności nigdy mnie specjalnie nie pociągał – strach zawsze kojarzyłem z nieprzyjemnym i dyskomfortowym odczuciem. Dlatego na seans „Cichego miejsca” nie byłem nastawiony specjalnie optymistycznie – niemniej jednak byłem ciekawy, jakie emocje dostarczy mi horror po latach rozłąki z tym gatunkiem.

No i tutaj podstawowy hot take – „Ciche miejsce” nie jest do końca horrorem. Tak mi się przynajmniej wydaje. W filmie zastajemy obraz świata z niedalekiej przyszłości – na Ziemi z jakiegoś powodu żyją krwiożercze potwory, które wymordowały większość ludzkiej populacji. Są bardzo mocno opancerzone i praktycznie nie da się ich zniszczyć. Co najważniejsze, ich jedynym działającym zmysłem jest słuch – jest on jednak maksymalnie wrażliwy – każdy szmer może przywołać bestię, więc jeśli chcemy przeżyć, musimy zachowywać się cicho.

Sam pomysł wydał mi się z początku świetny – wciąż uważam, że taki jest. Duża część strachu jaki starają się wywołać filmy, jest widzowi serwowana właśnie za pośrednictwem dźwięku. Obserwujemy więc losy ocalałej rodziny, która tak przystosowała się do życia w nowych warunkach, że nie wydają swoim codziennym życiem żadnych dźwięków.

To jest taki element, który przyjemnie się śledzi – jak bohaterowie znaleźli sposób na wytłumienie swoich najróżniejszych codziennych aktywności. Jest to chyba element najciekawszy, bo sam strach… nie pojawia się? Emocje, jakie wzbudza ten film to albo jumpscare z pojawiającym się potworem (jumpscare zdecydowanie dźwiękowy), albo niepokój, jaki odczuwamy razem z bohaterami, kiedy wydadzą jakiś cichy odgłos i czekają na to, czy nie zjawi się krwiożercza bestia (te momenty wypadają lepiej).

Jak to więc często z moim osądem filmów bywa – bardzo podobało mi się obiecujące zawiązanie fabuły, to, jak zaprezentowano mi miejsce akcji, ale sama „akcja” i przede wszystkim jej rozwiązanie były… naciągane? Chyba tak.

Jak już napisałem, specjalistą od oceny horrorów nie jestem i raczej nie będę, dlatego ciężko mi stwierdzić z całą stanowczością, że „to był dobry/zły horror”. Na pewno dostarczył mi trochę filmowych przyjemności, trochę momentów, w których delikatnie podskoczyłem w fotelu (moje ciało fizycznie bardzo mocno reaguje na jumpscary), ale czy zostało to ze mną po wyjściu z kina? Raczej nie. Dużo więcej wrażeń dostarczyła mi późniejsza wędrówka po nocnym, zamkniętym centrum handlowym. Poza warstwą grozy, był to jednak z pewnością dobry dramat rodzinny, zgrabnie pokazujący relacje rodzic-dziecko. Oceny tego, czy w swojej konwencji był to dobry film, się jednak nie podejmę, bo po prostu nie jestem pewien, czy komuś, kto z gatunkiem jest za pan brat powinno się to spodobać czy nie – za mało mam kontekstu i rozeznania. Sprawdź sobie sam czy fajne.

PS. Przez 90% życia mam wyciszony telefon – wiesz kiedy akurat nie był on wyciszony?

OCENA: brak

/K

No właśnie, telefon Kamila nie był wyciszony. Ale to nic, bo odpalił się, kiedy i tak nikt by go nie usłyszał. Bo było głośno. Przez muzykę w filmie – jeden z trzech grzechów głównych „Cichego miejsca”.

Wtórując Kamilowi, powiem, że koncept jest fantastyczny. Jego prymitywna wręcz prostota świetnie wpasowuje się w gatunek i jeszcze długo oddawać mu będę ukłony. Niestety John Krasinski (grający również jedną z głównych ról) nie jest zbyt doświadczonym reżyserem i to widać. Zabrakło mu odwagi aby postawić wszystko na jedną kartę. Wracam tutaj do pierwszego grzechu głównego. Film posiada ścieżkę dźwiękową, która wyraźnie kłóci się z genialnym pomysłem, rządzącym fabułą. Ewidentnie została ona tam wstawiona jako kompromis, który ma umożliwić łatwiejsze wysiedzenie przez półtorej godziny seansu przeciętnemu widzowi. Aby jeszcze bardziej odseparować widza od świata przedstawionego można było również wyeliminować tłumaczenie rozmów w języku migowym (głównej formy komunikacji w filmie), ale to już moje widzimisię, które wymagałoby przepisania scenariusza, więc absolutnie tego na minus nie liczę. Ot, taka dygresja.

Ale z językiem migowym łączy się drugi grzech główny. Horror jest jednym z tych gatunków, w którym uczucie sympatii wobec protagonistów jest niemalże niezbędne, a z tym „Ciche miejsce” ma spory kłopot, którego źródła dopatruję się właśnie w gestykulowanych dialogach. Nie spełniły one swojej funkcji i moje więzi z bohaterami były niemalże żadne. Do tego córka zwyczajnie mnie irytowała, co tym bardziej ograniczało moje obawy o życie i zdrowie bohaterów.

No i w obawie siedzi trzeci grzech główny. „Ciche miejsce” nie straszy. O przepraszam, ma jumpscary, ale otrząsa się z nich równie szybko, jak się pojawiają, bo z reguły nic sobą nie wnoszą. Ot, raz na jakiś czas coś będzie naprawdę głośne. Jeśli w filmie o przerażających istotach (dodam, że bardzo ciekawie wizualnie zaprojektowanych), reagujących na wszelkie dźwięki, największy stres wzbudza moment wbijania się gwoździa w podeszwę stopy, a nie to, czy bohater przez to krzyknie, czy nie, znaczy że coś poszło nie tak.

Mógłbym poruszyć tu jeszcze kwestię marnie i dość niejasno rozwiązanej fabuły, dziur w koncepcji, które te wszystkie zmyślne pomysły na przeżycie bohaterów próbują średnio udanie łatać, czy emocjonalnego tandeciarstwa, ale to nie mierzi już tak mocno wobec genialnego pomysłu wyjściowego. Niemniej jednak wymienione wyżej trzy grzechy główne już tak. Wielka szkoda.

OCENA: 4/10

/R