„Midsommar. W biały dzień”, reż. Ari Aster (2019)

Żyjemy w XXI wieku – mamy za sobą tysiące lat rozwoju kultury i ewoluowania kolejnych ich nurtów. Nasz rozwój na tym polu jest tak dalece posunięty, że prostota przestaje nas zadowalać – i bardzo dobrze. Ta daleko idąca złożoność naszej kultury – w coraz większym stopniu także masowej – sprawia, że każdy kolejny twór nie może zostać zaklasyfikowany jako przynależny do jednej tylko wypracowanej szufladki, bo trąci banałem. W dużym uproszczeniu nazywamy to postmodernizmem, a w jeszcze większym uproszczeniu stwierdzamy, że przecież wszystko już było i nie da się wymyślić nic nowego. Remiksy i kolaże też potrafią być jednak twórcze – w obliczu braku nowych form, być może pozostają twórczymi jako jedyne – nie wiem tego na pewno. Przy założeniu skończoności formatów, dziwią mnie zarzuty pod adresem jednego czy drugiego filmu, że nie jest wystarczająco horrorem. No bo ktoś poszedł na „Us” albo „Midsommar” i uznał, że to nie są horrory – no nie były nawet straszne.

No i co z tego, że nie były straszne? Co z tego, że nie spełniły założeń scenariuszowych przynależnych do gatunku jakim jest horror? „Midsommar” po dosyć długim podprowadzeniu dociera do takiego momentu, w którym zaczyna się całkiem stereotypowe budowanie grozy. Kolejne postaci znikają w tajemniczych, choć bardzo czytelnych dla widza okolicznościach i można odnieść wrażenie, że za chwilę dostaniemy ten horror, na który czekamy. Że za chwilę ujawni się czyhające zagrożenie (które dało się przez minioną godzinę wyczuć, a nawet odczytać), a bohaterowie będą przez najbliższą godzinę uciekać i wymykać się, aż w końcu przechytrzą przeciwności. No i to się w ogóle nie dzieje – kiedy dochodzi do momentu, w którym oczekiwać można by było tego horrorowego zwrotu scenariuszowego, dzieje się coś zupełnie innego, a podyktowana wcześniej logicznymi przyczynowo-skutkowymi zależnościami historia przechodzi w pewien rodzaj transu – rytuału, który kompletnie zmienia sposób doświadczania filmu.

Ten akapit wielu mogłoby odebrać jako zarzut, a ja właśnie za to uwielbiam współczesne kino. Nauczyło mnie ono, że jeśli film trzyma się sztywno ram gatunkowych, to najczęściej jest – świadomie bądź nie – parodią. Gatunkowość sama w sobie straciła na wartości, a wartością może być w większym stopniu jako jedna z cech czegoś bardziej złożonego. I w ten sposób Ari Aster buduje pewne oczekiwania, których koniec końców nie spełnia, co moim zdaniem jest również bardzo satysfakcjonujące. To rodzaj wodzenia odbiorcy za nos – przy czym jest to wodzenie bardzo umowne, ponieważ trudno dopatrzeć się w tym przypadku jakichś skomplikowanych zwodów fabularnych.

O stopniu skomplikowania fabularnego w ogóle nie warto w przypadku „Midsommar” wspominać. Historia jest zlepkiem kilku reprezentatywnych dla amerykańskiej kultury klisz – horroru z charakterystyczną grupą protagonistów i nastoletnich wakacyjnych komedyjek. Są one na swój sposób parodystyczne i bardzo umowne, co podkreśla choćby dość proste podejście do elementów aktorskich. Koniec końców zabawy można się doszukać w elementach innych niż tych charakteryzujących kino gatunkowe – w satysfakcjonującej dla oka warstwie wizualnej, odnoszącej się do współczesnych problemów społecznych filozofii filmu, w przekazywanym na kilku różnych płaszczyznach kontraście, czy w końcu – to zabawa dla osób znających się na filmie bardziej ode mnie (summon Rafał) – odniesieniach do klasyki kina niezależnego w najróżniejszych formach.

„Midsommar” to doświadczenie, filmowe przeżycie, nie mające nic wspólnego z poznawaniem kolejnych etapów scenariusza i śledzeniem wydarzeń. To jest doświadczenie na poziomie estetycznym, tak jak doświadczeniem jest chociażby słuchanie muzyki ludowej. Nie szukamy w niej treści, tylko staramy się poczuć klimat, który oddaje utwór za pomocą swojej formy. W przypadku najnowszego filmu Astera jest to o tyle spójne, że to audiowizualne doświadczenie formy jest spójne z treścią, której główną osią jest przecież rytuał – nielogiczny, nie mający zrozumiałego uzasadnienia, a jednak bardzo angażujący, dający się porwać i wciągnąć bez reszty. Czuję, że jest to swego rodzaju manifest o filmie w ramach filmu – Ari Aster mówi nam o tym, byśmy potrafili wzorem głównej bohaterki oderwać się od znanych nam już schematów – reprezentowanych gatunkowymi kliszami – dając się porwać czemuś bardziej abstrakcyjnemu, dającemu dalece więcej satysfakcji i spełnienia. Nie szukajmy kolejnej części Piły, dalszych losów nawiedzonych laleczek i upiornych sióstr zakonnych. To wciąż te same historie, które już przecież znamy – a czy powtarzalność ma jakąkolwiek wartość, jeśli nie potrafimy jej nadać znaczenia rytualnego?

OCENA: 8+/10

/K

Zostałem przyzwany, więc czuję się teraz w obowiązku do napisania kilku akapitów a przy okazji wejścia z tekstem Kamila w trochę polemiki. Wezwanie mówi o poszukiwaniu odniesień do klasyki kina niezależnego, ale nie będę ich szukał w samym filmie, zamiast tego zaczynając tekst od kapki historii kinematografii (która zawiera spoilery do filmu sprzed 60 lat, żeby nie było, że nie uprzedzałem).

W 1959 na festiwalu w Cannes miała premierę „Przygoda” Michelangela Antonioniego. Tutaj mały skrót fabuły: W trakcie rejsu po Morzu Śródziemnym Anna znika bez śladu. Jej partner Sandro i przyjaciółka Claudia rozpoczynają poszukiwania, jednak wraz z rozwojem fabuły coraz bardziej zapominają o pierwotnym celu by finalnie skupić się na sobie nawzajem i pozostawić tajemnicę nierozwiązaną.

Pierwszy pokaz filmu spotkał się z niezwykle nieprzychylnym odbiorem. Widownia buczała na długich sekwencjach, które nie popychały intrygi do przodu, śmiała się w trakcie co bardziej emocjonalnych scen. W kuluarach głośno domagano się wyjaśnienia losów Anny. Antonioni i zapłakana Monica Vitti uciekli z sali kinowej jeszcze przed napisami końcowymi. Trzy lata później „Przygoda” trafiła na drugie miejsce wydawanej co dekadę listy najlepszych filmów wszechczasów magazynu Sight & Sound.

Nie piszę tego by zasugerować, że taka sama sława czeka „Midsommar”. Mi ten film podoba się zdecydowanie mniej niż Kamilowi. Bardziej chce zwrócić uwagę na to, że intencjonalne odbieranie satysfakcji widzowi nie jest w tej branży niczym nowym. Z drugiej strony jednak analogii nie sposób nie dostrzec. W filmie Astera grupa przyjaciół wybiera się na zaproszenie kolegi do Szwecji, by wziąć udział w 9-dniowym rytuale. Przyjezdni zaczynają znikać a główni bohaterowie niespecjalnie cokolwiek z tym robią. Widownie wydają się znudzone etapami „nicniedzianiasię” i parskają śmiechem w trakcie niektórych rytualnych scen. Oczywiście tutaj zakończenia nie będę zdradzał ani zapowiadał.

Niestety w przypadku „Midsommar” podzielam część niezadowolonych głosów. Mój poprzednik wyraźnie chwali to, jak reżyser buduje przed nami horror, po czym wyrzuca dalszy jego rozwój do śmieci, skupiając się na innych elementach filmu. Mi jednak to podejście nie pasuje. Rebelia wobec gatunku polegająca na kompletnym jego odrzuceniu, po tym jak przez pierwszą godzinę kurczowo się go trzymano nie robi na mnie większego wrażenia, a już na pewno mi nie imponuje. Szczególnie, że Aster pod sam koniec filmu powraca do horrorowych tropów by trochę na odwał podomykać wątki i przyznać, że no tak tak, no miał to być film grozy. Jako fan postmodernizmu i horroru nie chcę negacji zasad tylko takich alteracji w ich ramach, które sprawią, że pojawi się przede mną coś niezwykłego i wcześniej niespotykanego.

Ale spokojnie, zanim ktoś wyciągnie zbyt pochopne wnioski – „Midsommar” nie jest złym filmem. Moje zagniewanie wobec narracji wyklucza go z potencjalnych kandydatów do zestawień najlepszych produkcji tego roku, ale część jego elementów, z folkowym klimatem na czele, zwyczajnie muszę docenić.

Piony scenograficzny i kostiumograficzny wykonały świetną robotę, ozdabiając produkcję skandynawską sztuką ludową. Budynki, malunki, stroje, wnętrza – wszystko celnie i intrygująco łączy kicz z niepokojem. Zaś wszystko to zostało fantastycznie sfotografowane przez Pawła Pogorzelskiego. Jego ciekawie zrealizowane najazdy kamery i pomysłowe kompozycję są fundamentem całej warstwy wizualnej filmu. Bez polskiego operatora „Midsommar” straciłby jakąś ćwierć powabu. Drugą taką ćwierć Kamil gdzieś smutno zagubił mówiąc o „dość prostym podejściu do elementów aktorskich”. Tak jak oczywiście wiem co miał na myśli, tak też sformułowanie to pozostawia świetną, główną rolę Florence Pugh gdzieś na uboczu. Potężny wysiłek psychiczny i fizyczny jaki musiała włożyć w tę pełną płaczy, krzyków i jęków rolę definitywnie nie poszedł na marne. A jak już tak chwalę, to tylko dołożę bezspoilerowe wyrazy uznania za dziecko-proroka. Takie właśnie symbole lubię. Szkoda tylko, że jego potencjał nie został w pełni wykorzystany, co w sumie mógłbym przedstawić jako zarzut do całego filmu.

W kilku co bardziej fantazyjnych scenach i motywach Ari Aster udowadnia, że jest w stanie intrygować. W przyszłości chciałbym się przekonać, że potrafi też zachwycać. Sztuka ta przy „Midsommar” mu jeszcze nie za bardzo wyszła, ale z najlepszymi życzeniami na przyszłość czekam aż mu się uda.

OCENA: 6/10

/R

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s