Niewiele
jest filmów, na które czekam na początku roku po sprawdzeniu
zapowiadanych premier. Najczęściej są to filmy z pierwszego kwartału –
on już od jakiegoś czasu dostarcza mi najciekawszych filmowych wrażeń.
Jedną z takich pozycji były Tamte dni, Tamte noce i… cóż, odrobinę się
rozczarowałem.
Obraz przenosi
nas do Włoch lat ’80, pokazując rodzinę spędzającą wakacje w
XVII-wiecznym dworku. 17-letni Elio to bohater od początku dający się
polubić, ale też potrafiący zaintrygować – inteligentny, wyczulony na
sztukę i uczuciowy chłopak. Jako że jego ojciec jest naukowcem –
konkretnie archeologiem – przyjeżdża do nich niejaki Olivier, pracujący z
ojcem Elio przy swoim doktoracie. Między wspomnianymi bohaterami rodzi
się na przestrzeni filmu intymna więź.
Przyznałem, że poczułem
się rozczarowany – tylko dlatego, że miałem bardzo wysokie oczekiwania.
Prawdę mówiąc, film zawiódł mnie tylko na jednej płaszczyźnie –
scenariuszowej. Muszę też przyznać, że tylko połowicznie. Zacznijmy od
tego, że film jest długi. Ponad dwie godziny to aż nadto, by opowiedzieć
zawartą w scenariuszu historię. To, co dzieje się na ekranie przez
pierwszą godzinę to – pokuszę się o pretensjonalność – istna poezja.
Relacja pomiędzy Elio i Olivierem budowana jest bardzo powoli i
spokojnie – od drobnej niechęci, przez fascynację, aż po nieśmiałą
zmysłowość. Wszystko to jest bardzo nienachalne, tworzone za pomocą
niedopowiedzeń, ale też aspektów technicznych – zamiast niepotrzebnych
bezpośrednich dialogów. Muzyka, praca kamery, montaż – wszystko to stara
się nam zasugerować co czują bohaterowie. To jest bardziej niż dobre.
W końcu jednak dochodzi to punktu kulminacyjnego – napięcie pomiędzy
bohaterami zostaje w pewien sposób rozładowane. To jak najbardziej
sensowne, ale… została jeszcze ponad godzina filmu. No i niestety ta
kolejna godzina nuży i dłuży się niesamowicie, bo jest po prostu
bezpośrednia. Momentami film jest w tej bezpośredniość tak bezczelny, że
tłumaczy nam pojedyncze sytuacje z początku filmu. Niestety, po upływie
godziny mój zachwyt coraz to szybciej przeradzał się w delikatne
rozczarowanie.
To nie jest jednak zły film – w żadnym wypadku.
To, jak samoświadomy jest w operowaniu techniką filmową po prostu robi
wrażenie. Zdjęcia wiejskich, letnich lokacji są takie, o jakich marzymy –
co wpisuje się w konwencję historii. Co ciekawe, wpisuje się w tych
momentach, w których ma się wpisywać. Efekt wizualny, czy to ciepłych
kolorystycznie, wyostrzonych kadrów, czy drgania kamery przy odpowiednim
półmroku i zbliżeniu – wszystko wydaje się od początku do końca
zaplanowane. Aktorsko jest dobrze – z jednym wyjątkiem – 17-letni Elio,
grany przez Timothee Chalameta. On jest więcej niż dobry – jest świetny.
Trudno to nawet opisać, ale scena będąca patentem na napisy końcowe
zostanie w mojej głowie na długo (pomimo mało satysfakcjonującego
zakończenia historii w szerszym aspekcie).
No niestety,
liczyłem na więcej – zwłaszcza po świetnych recenzjach i jeszcze
bardziej po genialnej pierwszej części filmu. To jak balonik, z którego
zaczęło w pewnym momencie uchodzić powietrze. Nie sposób jednak
powiedzieć, że to zły film. Pod względem technicznym stoi na tak wysokim
poziomie, że po prostu nie można wrzucić go do kategorii średniaka. To
bardzo dobry film. Tylko przeciągnięty i średnio zakończony. Ale jest
bardzo dobry. Nie zniechęć się, bo warto zobaczyć.
7/10
/K