Gdyby więcej osób kochało siebie nawzajem, świat byłby lepszym miejscem.
Trochę się obawiałem w imieniu widzów, którzy nie są zaznajomieni z
filmem The Room i nie doświadczyli wcześniej całej jego magicznej
otoczki. Moje obawy okazały się trochę na wyrost, gdyż film jest
skonstruowany tak, żeby nieświadomy tematu widz mógł się z nim w czasie
seansu The Disaster Artist zaznajomić i łatwo wejść w ten świat. Mimo
wszystko jednak zdaję sobie sprawę, że gdybym nie był świadomy w 100% z
czym mam do czynienia, nie wyciągnąłbym z tego filmu tyle frajdy, ile
wyciągnąłem.
Ale od początku. The Disaster Artist to film
pokazujący proces powstawania filmu The Room – okrzykniętego najgorszym
filmem wszech czasów. Dlaczego kręcić o tym film? Ponieważ „The Room” z
2003 roku, reżyserii Tommy’ego Wiseau był tak zły, że dawał niesamowitą
radość z oglądania niemalże parodii dramatu obyczajowego, nakręconej
zupełnie nieironicznie. Do tego tajemnicza postać ekscentrycznego
Wiseau, o którym nikt nic nie wie – skąd pochodzi, kim jest i skąd u
licha wziął ponad 6 milionów dolarów na stworzenie swojej kultowej
szmiry?
Scenariusz The Disaster Artist oparty jest na książce
Gregga Sestero – przyjaciela Wiseau i jednego z głównych aktorów jego
Opus Magnum. Niestety, film jest trochę zakładnikiem swojej historii.
Nie ma w niej nic widowiskowego poza sytuacjami z planu filmowego, które
były co najmniej nietypowe ze względu na ekscentrycznego reżysera.
Dlatego też film momentami zmienia narrację i po serii śmiesznych
historii z backgroundu powstawania The Room wprowadza niewielkie
elementy dramatu, pokazujące psychiczny ciężar ciążący na Wiseau oraz
uzależnionym od niego Sestero. Film nieźle tymi zmianami nastroju
balansuje – nie pozwala wypaść widzowi z komediowego vibe’u – ale czuć
jednak, że była potrzeba uwypuklenia tych sytuacji.
Zakładam,
że książka Sestero dość obszernie opisywała kulisy tego, jak poznał się
on z Tommym Wiseau. Film stara się to także dość skrupulatnie
zaprezentować, przez co trochę staje w rozkroku. Od początku miał być to
film o kulisach powstawania The Room, a na starcie dostaliśmy sporo
wcześniejszej historii. Z jednej strony dobrze byłoby pozostać
konsekwentnym w konwencji pseudo-making-offu z planu, z drugiej jednak
każda ciekawostka z prywatnego życia Wiseau to skarb.
Film nie
zdradza niczego, czego fan The Room nie wiedziałby już wcześniej.
Niezręczne sytuacje na planie, niejasne finansowanie, amatorka i ogólna
konsternacja skupiona wokół postaci oderwanego od rzeczywistości Wiseau.
Nie ma tu więc wiele zawartości, która byłaby odkrywcza lub
zaskakująca. Za każdym razem, kiedy jednak pojawia się scena, w której
bohaterowie kręcą scenę znaną nam z pierwowzoru – sprawia to przeogromną
satysfakcję – głównie dzięki parodystycznej manierze aktorów
„Parodystycznej” nie jest tutaj nacechowane pejoratywnie. Jak zagrać
postać, która odgrywa postać w sposób parodystyczny z pobudek
nieironicznych? James Franco musiał sparodiować Wiseau, bo po prostu nie
ma innego wyjścia. Tommy Wiseau to uosobienie parodii. Złoty Glob dla
Franco zdecydowanie nie jest na wyrost. Każde „haha” i „Oh, hi Mark”
jest zagrane praktycznie w punkt. Ten film w żadnym momencie nie był
8/10, ale frajda jaką mi dostarczył była wręcz nieoceniona w ten smutny
niedzielny wieczór.
Ocena: 8/10
/K
W
kwietniu zeszłego roku do obejrzenia The Room skłonił mnie w końcu
Kamil. Już wcześniej miałem ten film na radarze, ale jakoś nigdy nie
mogłem się za niego zabrać. Zaraz po zakończonym seansie odbyliśmy
przeszło półtoragodzinną rozmowę telefoniczną, w trakcie której
komentowaliśmy wszystkie elementy filmu i wspólnie szukaliśmy informacji
na temat procesu produkcji. Na następny dzień obejrzeliśmy go już
wspólnie. (Hahahaha, great story Rafał!)
The Room to spory
element mojego popkulturowego życia i na pewno jeden ze składników
codziennego humoru, więc do produkcji Franco podchodziłem ze sporymi
oczekiwaniami, które spełnione zostały w stopniu po prostu
akceptowalnym. Znaczną większość napisał już mój poprzednik, ale parę
rzeczy mam do dodania. Cała produkcja niestety ucierpiała przez swoją
przystępność dla osób niezaznajomionych z oryginalnym obrazem. Ze
względu na całościowe ujęcie sprawy scenariusz ma formułę „kolejnej
amerykańskiej komedii wyższych lotów”. Uważam, że np. formuła
mockumentary zdecydowanie wyszłaby Disaster Artist na dobre.
Potężnym atutem obrazu jest za to elastyczność konwencji, możliwa dzięki
specyficznemu materiałowi źródłowemu. Dzięki niej wszelkie niedoróbki
techniczne czy sztuczności można zrzucić na zamierzoną formułę i niczym
się zbytnio nie przejmować. Tyczy się to wszystkiego – scenografii,
zdjęć, kolorystyki, fryzur, czy nawet aktorów (tu chciałbym pochwalić
nierozpoznawalnego Zacha Efrona i skarcić casting Josha Hutchersona,
który do tego obrazu ma zbyt sławną twarz, przez co wygląda jak
wyciągnięty ze skeczu SNL).
Na sam koniec biję pokłony
Jamesowi Franco w jego roli życia, który zmierzył się z postacią
Tommy’ego Wiseau i wyszedł ze starcia obronną ręką. Nie jest on kopią
twórcy, a jego aktorskim portretem. A niech mu będzie – reżyserii też
gratuluję. Co się naśmiałem i nastresowałem to jednak w większości jego
zasługa.
Ocena: 7/10
/R