„Po tamtej stronie” (2017), reż. Aki Kaurismäki

To jeden z tych filmów, które mają swoją specyficzną koncepcję. Jeśli się jej nie zrozumie lub nie polubi, to praktycznie nie ma szans na wyciągnięcie przyjemności z całego seansu. Historia uchodźcy z Aleppo, próbującego ułożyć swoje życie w Finlandii, jest zbudowana na fundamencie stereotypów. Praktycznie każdy element „Po tamtej stronie” stworzony jest pod dyktando ogólnie panujących przekonań i obecnych w społeczeństwie tendencji. Jeśli jednak podam jakieś przykłady, to zepsuję najprzyjemniejszy element filmu, którym jest jego rozszyfrowywanie.

Wizualnie obraz prezentuje ciekawy styl, mieszający surowość i zimno, z dużą ilością kolorów i elementami przywołującymi na myśl realizm magiczny, zmieszany z kinem czeskim i bałkańskim. Widać w tym wszystkim dużo pomyślunku i subtelnie prezentowanej kreatywności. Soundtrack zaś zawsze widać, bo jest wykonywany przez widocznych w klubie czy na dworcu muzyków, co dodaje historii osobistego charakteru – zwyczajnie czuć, że reżyser naprawdę tę muzykę lubi. Historia jest niezwykle prosta, jednak jej ukryta uniwersalność nie pozwala nazwać ją miałką.

Kończąc seans, chciałem nowemu obrazowi Kaurismäkiego dać ocenę niższą. Czasem się zaśmiałem, czasem naszła mnie chwila refleksji, ale nic nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Jednakowoż ilość satysfakcji, którą wyciągnąłem z późniejszego rozbierania filmu na części pierwsze w ramach konwersacji ,po prostu mi na to nie pozwoliła.

Ocena: 7/10
/R

A teraz weźcie tą gadkę Rafała na temat rozszyfrowywania filmu i wrzućcie do kosza. Po pierwszych kilkunastu minutach wiedziałem jedno – Aki Kaurismaaki jest nie tylko prywatnym, ale i artystycznym kolegą Jima Jarmusha. Nie muszę chyba nadmieniać, że lubię to.

Historia nie tyle opiera się na stereotypie Fina, co stereotyp ten jest bardzo pomocny w utrzymaniu formy opowiadania tejże. Małomówność i ogólny brak wylewności i emocjonalności bohaterów pomaga utrzymać momentami nie tyle surową, co bardzo oszczędną formę (to nie to samo).

Dobrym przykładem jest nie tylko operatorka czy budowanie postaci, ale humor, który – umówmy się – w niektórych regionach Europy jest specyficzny. Wolę czeski niż brytyjski. Fiński to także złoto – minimum formy przy maksimum treści. A o ekspresji jeszcze nigdy nie słyszałem.

Historia jest tutaj oczywiście ważna, bo porusza aktualną problematykę i pokazuje, że „taki obraz Twój”, Europejczyku. Niektóre elementy fabularne rzeczywiście można uznać za alegoryczne, więc może rzućcie jednym okiem na te rozszyfrowywania co leżą tam w koszu. Historia sama w sobie nie miała jednak tak dużego znaczenia – była typowa.

Była też jednak przyczynkiem do ciekawego i nienachalnego (!) przedstawienia sytuacji społecznej , oraz przede wszystkim (dla mnie, bo w rzeczywistości pierwsze jest ważniejsze) pewnej estetyki. Od jarmushowych, statycznych i suchych dialogów przy stole, przez zelenkowe, emanujące nieporadnością, sytuacyjnie humorystyczne pląsy bohaterów, przez pojedyncze momenty a’la Grand Budapest Hotel dla ubogich (nie biednych – ubogich, to ważne). W żadnym momencie nie było wybitnie, ale w każdym było coś ciekawego w trochę inny sposób.

7/10

/K

A idź z tym Jarmuschem. Wolę jak się do Twin Peaks lepisz.

R/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s