„Nić widmo” (2017), reż. Paul Thomas Anderson

Oglądanie Nici widmo jedynie poprzez jej warstwę dosłowną kompletnie mija się z celem. Historia fenomenalnego projektanta sukien i jego najnowszej muzy bezrefleksyjnemu widzowi przyniesie finalnie zakłopotanie, irytację, niezrozumienie, a może nawet poczucie głupoty scenariusza. Nie jest to jednak snobistyczny pogląd, czy próba traktowania się jako wyroczni, bo film swą psychologiczną przynętę nie tyle przed nas rzuca, co wpycha ją nam do gardła.

Bez względu na to czy postanowicie się skupić na freudowskiej psychoanalizie, prowadzącej do źródeł seksualnych pragnień, apodyktycznym zachowaniu jako wyrazie wewnętrznego dziecka, czy psychologicznym i socjologicznym źródle kryzysu wieku średniego najnowszy obraz Paula Thomasa Andersona przyniesie Wam masę treści do interpretacji. Śmiem przewidywać, że w najbliższych latach będzie to jedna z najbardziej intensywnie analizowanych produkcji.

Materiał, z którego swe interpretacje szyje widz to bezspornie estetyczna tkanina. Nie chodzi tu jednak o prosty, wizualny zachwyt, a magiczny klimat, który roztacza wokół siebie. Reżyser niezwykle umiejętnie kieruje emocjami widza – ujęcia bardzo delikatnie wydłużone ponad normę, miękka, stonowana kolorystyka i wszechobecny porządek potrafią prędko zawładnąć oglądającym. Dość powiedzieć, że przy bardzo wczesnej scenie zamawiania śniadania oczy niemalże zaszły mi łzami tylko dzięki umieszczonym w tej przestrzeni szczerym uśmiechom dwójki nieznajomych. A jak ta tkana materia brzmi… Jonny Greenwod fantastycznie zgrał się z resztą produkcji, tworząc w mojej opinii bardzo niedoceniany, dystyngowany soundtrack.

Clou programu jest jednak nie kto inny, jak Daniel Day Lewis, który swą – według jego deklaracji – ostatnią rolą przyklepał sobie boski status w aktorskiej branży. Jeżeli postać Reynoldsa Woodcocka w jakimkolwiek stopniu wyda się Wam niewiarygodna, to można to zrzucać jedynie na scenariusz, bo DDL wyciąga ze swej roli wszystko co możliwe. Nie chciałbym jednak aby przez jego geniusz pominąć bardzo udaną kreację Vicky Krieps, która w swej niezdarnej acz stale rozwijającej się w przestrzeni dykcji roli bardzo wiarygodnie realizuje schemat niepozornej, uległej cudzoziemki, by potem obrócić go przeciwko nam.

Jeśli jest coś, co w Nici widmo przeszkadza to okazjonalne niezdecydowanie w kształtowaniu fabuły. Andersonowi zdarzyło się pogubić czy tworzy historię z metaforą czy metafory z historią, a to pogubienie się wywoływało nie tyle niespójność co może okazjonalne rozleniwienie filmu.

Zakończył się sezon oscarowy, którego wynikiem dla Nici widmo była tylko jedna statuetka – za kostiumy. No cóż… gdyby film o projektancie sukien nie dostał Oscara w tej kategorii, to znaczyłoby, że jest z nim coś nie tak. Nie pozwólcie jednak, żeby to spowodowało, że zepchniecie najnowszy obraz Andersona z waszych filmowych radarów. Nić widmo jest warta waszych pieniędzy, czasu i wyobraźni.

OCENA: 8/10

/R

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s