„The
Dead Don’t Die” to film, który bardzo łatwo zobaczyć przez przypadek.
Przed pójściem do kina nikt nie oczekuje od Ciebie zrobienia researchu,
obejrzenia wcześniejszych filmów danego reżysera, przeczytania czegoś na
jego temat, czy nawet obejrzenia zwiastuna – sam najczęściej tego nie
robię. Jeśli masz ochotę na horror o zombie i liczysz na klasyczną
rozrywkę z gatunku kina grozy, plakat i tytuł nowego filmu Jima
Jarmuscha mogą Cię zachęcić. Jeśli tak się właśnie stanie, to wylądujesz
na sali kinowej oglądając zupełne przeciwieństwo tego, czego
oczekiwałeś. Nie jestem jednak pewien, czy będziesz tym rozczarowany.
Jim Jarmusch to specjalista od „antykina”, a więc tworzenia filmów w
taki sposób, by ich forma i treść podważały zasady rządzące kinem jako
medium. Zasady, o których na bieżąco jako odbiorca tego medium w ogóle
nie myślimy. Kino jako sztuka – a zwłaszcza kino gatunkowe – jest dla
odbiorcy intuicyjne dzięki wcześniejszemu doświadczeniu z podobnymi
tworami, rządzącymi się pewnymi umownymi zasadami. Zasady są jednak po
to, aby je łamać i z tego założenia po raz kolejny wychodzi Jim
Jarmusch, tworząc antyhorror, który neguje prawidła fabularne i
gatunkowe w całej swojej rozciągłości.
Akcja filmu toczy
się w malutkiej mieścinie Centerville w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Życie stereotypowej, małomiasteczkowej społeczności, zakłócają dziwne
zjawiska atmosferyczno-astrologiczne,
oraz fala żywych trupów, wypełzających z miejscowego cmentarza.
Nieumarli bynajmniej jednak nie stają się pretekstem dla zaistnienia
klimatu grozy i niepokoju, czy przerażenia bohaterów. Wszyscy zdają się
przyjmować zaistniałą sytuację ze względnym spokojem, nieprzystającym do
horroru o powstających z grobu zombiakach.
Teoretycznie
możesz się przyczepić do wszystkiego – do nienaturalnych dialogów, do
bezużytecznych postaci epizodycznych, których wątki prowadzą donikąd,
wątku miłosnego który się nie wydarza, czy niepasującego do klimatu
małomiasteczkowych Stanów robienia z Tildy Swinton szkockiej wersji
Kill-Billa. Nic się tutaj nie trzyma przysłowiowej kupy, czwarta ściana
łamana jest notorycznie, a absurd i nielogiczność każdego z filmowych
elementów składają się na obraz, który może być niezrozumiały.
Sporo utrudnia końcowa sekwencja. Pustelnik Bob, będący na przestrzeni
całego filmu postronnym obserwatorem, wygłasza bardzo patetyczną i
podniosłą pointę, która sugeruje, że zombie to alegoria współczesnych
mas ludzkich, których ideologią przewodnią jest konsumpcjonizm. W
istocie, nieumarli w tym uniwersum po powstaniu z grobu ciągnęli do
tego, co najbardziej kochali za życia i były to takie rzeczy jak kawa,
gadżety i darmowe Wi-Fi. To zakończenie, pozornie nadające filmowi
warstwę filozoficzną na pierwszy rzut oka jest wręcz fatalne. Jim
Jarmusch jednak nigdy nie zrobił jeszcze filmu z morałem i tym razem z
obrazu wybija raczej nihilizm i chęć zabawy formą przez dekonstrukcję
schematu. Kluczem do zrozumienia ironii zakończenia jest chyba sentencja
rzucona przez RZA z zespołu Wu-Tang Clan na końcu jego epizodycznej
roli. Sentencja emanująca autoironicznym patosem i intelektualnym
kiczem.
Skoro już wspomniałem o RZA, który nie pierwszy raz
wystąpił gościnnie u Jima Jarmuscha, nie sposób nie wspomnieć o całej
plejadzie gwiazd, która rozbłysnęła na ekranie. Wspomniana już Tilda
Swinton nie pierwszy raz stała się inspiracją dla Jarmuscha, który znów
ewidentnie napisał rolę pod nią i jej specyficzny urok. Podobnie
sytuacja ma się z Adamem Driverem, Billem Murray’em, Stevem Buscemi,
Tomem Waitsem, czy nieśmiertelnym (paradoksalnie) Iggy Popem. Wszyscy
oni są świetni, wszyscy oni doskonale rozumieją antyfilmowy język Jima
Jarmuscha i w nieco sztywny sposób odgrywają dialogi, będące w
większości tak charakterystycznym dla tego reżysera smal-talkiem.
Jeśli poszedłeś do kina na horror z zombiakami i nie wiedziałeś, że
może Cie spotkać coś takiego, możesz być zdziwiony. Możesz i masz prawo
być rozczarowany, bo to ten rodzaj filmu, który łatwo może się nie
spodobać – również widzowi świadomemu tego, co za chwilę zobaczy. Możesz
jednak – niezależnie od znajomości wcześniejszych dokonań Jarmuscha,
niezależnie od znajomości filmowych schematów i świadomości tego, jak są
dekonstruowane – bardzo dobrze się bawić na zabawnym filmie o zombie.
Pozwolę sobie zamknąć ten krótki jak na poziom mojej miłości do
Jarmuscha panegiryk, słowami mojego brata, który w życiu widział dwa
filmy Jarmuscha i kinem interesuje się raczej wyrywkowo: „W ogóle nie
rozumiem o co w tym chodziło, ale fajne to było”.
8,5/10
/K