Kiedy idziesz do kina na nowy film Yorgosa Lanthimosa, wiesz mniej więcej czego się spodziewać. Chyba, że jesteś tą uroczą parką, która usiadła za mną w kinie. Jeśli Cię to nie obchodzi, to pomiń proszę następny akapit.
[Bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki, więc pozostało mi miejsce w pierwszym rzędzie. Za mną siada rzeczona parka. „Ej, czytałaś coś o tym filmie? Co to jest?” Ok, czasem idzie się do kina na spontanie. Wjeżdżają napisy. „Kurcze, to chyba będzie coś ciężkiego”. No raczej, kurcze, będzie. Film trwa. Ja słucham o tym, że Colin Farrell ma fajną brodę, że Anka też chciała iść na ten film, a w ogóle jak ci się podobał „Najlepszy”? „Ej, to on teraz zrobi to i to, żeby coś tam coś tam (…)” Jezu skończcie gadać! Kiedy w końcu film pokazał swoją lanthimoską naturę, padł tylko komentarz, cytuję „Jezu, jaka psychodela…”. I nastała cisza.]
Zachowujcie się więc w kinie tak, jak się należy zachowywać w kinie, proszę. Co do samego filmu, to Lanthimos z Colinem Farrellem wracają w trochę sprawdzonym już klimacie. Jeśli widziałeś „Lobster”, „Kieł” albo „Alpy”, to rzeczywiście wiesz mniej więcej czego się spodziewać. Strzelam, że tamta parka nie widziała. Farrell znów wciela się w gościa w średnim wieku (o kurcze, on ma już 41 lat) – tym razem nie jest jednak fajtłapowatym kawalerem, tylko zaradnym ojcem rodziny, kardiochirurgiem. Wraz z Nicole Kidman i dwójką dzieci żyją sobie trochę ekscentrycznie, ale szczęśliwie. Do czasu, kiedy zaczynają dziać się rzeczy.
Jednak już zanim zaczynają dziać się rzeczy, wiemy, że coś dziać się będzie i czujemy niepokój. Co jest bardziej sugestywne niż mroczne wydarzenia na ekranie? Zwyczajne wydarzenia na ekranie oprawione technicznie tak, jakby działy się rzeczy niezwyczajne. No więc właśnie – do czasu mamy tutaj obraz zwyczajnej rodziny, wysokiej klasy średniej. Od początku dostajemy jednak dziwaczno-niepokojące obrazy. Trzeba bić się z myślami – czy Colin jest marnym aktorem, czy relacje w rodzinie są po prostu w niepokojący sposób suche i lakoniczne? Jeśli znasz Lathimosa to się domyślasz i nie komentujesz tego na sali kinowej co trzydzieści sekund, ale te suche i mało emocjonalne dialogi lepiej działały w „Lobsterze” z racji na cały kontekst.
W drugiej połowie filmu dostajemy drugi rodzaj dziwaczno-niepokojących obrazów. Bardziej sugestywny, widzimy już, że dzieją się rzeczy nielogiczne, brutalne, straszne. Film świetnie radzi sobie z utrzymywaniem widza delikatnie poza strefą komfortu. Słabo radzi sobie z logiką wydarzeń, ale po całym seansie zdajemy sobie sprawę, że tak musiało być. I było to dobre. trochę alegoryczne, trochę przewidywalne. A może nie do końca?
Lanthimos jest mistrzem, jeśli chodzi o konstruowanie miejsca i akcji filmu wokół tezy, która przypomina jakieś Twoje rozważanie, które naszło Cię, kiedy akurat czekałeś na windę. Było tak w „Kle” – a co by było, gdyby wychować dzieci w izolacji od świata zewnętrznego? Bardziej hardcore’owo w „Alpach” – a gdyby tak wynajmować dublerów do roli zmarłych osób? Jeśli „Lobster” to Twoja myśl, to jest już grubo – a co gdyby wszyscy single zamieniali się w zwierzęta? Tym razem reżyser idzie jeszcze dalej. Wszystkie te dziwactwa kryją jednak za sobą jakąś rzeczywistą myśl. Tutaj jest ona wyjątkowo silna – czym jest tak naprawdę sprawiedliwość i odpowiedzialność?
8/10
/K