„Zabicie świętego jelenia” (2017) reż. Yorgos Lanthimos

Kiedy idziesz do kina na nowy film Yorgosa Lanthimosa, wiesz mniej więcej czego się spodziewać. Chyba, że jesteś tą uroczą parką, która usiadła za mną w kinie. Jeśli Cię to nie obchodzi, to pomiń proszę następny akapit.

[Bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki, więc pozostało mi miejsce w pierwszym rzędzie. Za mną siada rzeczona parka. „Ej, czytałaś coś o tym filmie? Co to jest?” Ok, czasem idzie się do kina na spontanie. Wjeżdżają napisy. „Kurcze, to chyba będzie coś ciężkiego”. No raczej, kurcze, będzie. Film trwa. Ja słucham o tym, że Colin Farrell ma fajną brodę, że Anka też chciała iść na ten film, a w ogóle jak ci się podobał „Najlepszy”? „Ej, to on teraz zrobi to i to, żeby coś tam coś tam (…)” Jezu skończcie gadać! Kiedy w końcu film pokazał swoją lanthimoską naturę, padł tylko komentarz, cytuję „Jezu, jaka psychodela…”. I nastała cisza.]

Zachowujcie się więc w kinie tak, jak się należy zachowywać w kinie, proszę. Co do samego filmu, to Lanthimos z Colinem Farrellem wracają w trochę sprawdzonym już klimacie. Jeśli widziałeś „Lobster”, „Kieł” albo „Alpy”, to rzeczywiście wiesz mniej więcej czego się spodziewać. Strzelam, że tamta parka nie widziała. Farrell znów wciela się w gościa w średnim wieku (o kurcze, on ma już 41 lat) – tym razem nie jest jednak fajtłapowatym kawalerem, tylko zaradnym ojcem rodziny, kardiochirurgiem. Wraz z Nicole Kidman i dwójką dzieci żyją sobie trochę ekscentrycznie, ale szczęśliwie. Do czasu, kiedy zaczynają dziać się rzeczy.

Jednak już zanim zaczynają dziać się rzeczy, wiemy, że coś dziać się będzie i czujemy niepokój. Co jest bardziej sugestywne niż mroczne wydarzenia na ekranie? Zwyczajne wydarzenia na ekranie oprawione technicznie tak, jakby działy się rzeczy niezwyczajne. No więc właśnie – do czasu mamy tutaj obraz zwyczajnej rodziny, wysokiej klasy średniej. Od początku dostajemy jednak dziwaczno-niepokojące obrazy. Trzeba bić się z myślami – czy Colin jest marnym aktorem, czy relacje w rodzinie są po prostu w niepokojący sposób suche i lakoniczne? Jeśli znasz Lathimosa to się domyślasz i nie komentujesz tego na sali kinowej co trzydzieści sekund, ale te suche i mało emocjonalne dialogi lepiej działały w „Lobsterze” z racji na cały kontekst.

W drugiej połowie filmu dostajemy drugi rodzaj dziwaczno-niepokojących obrazów. Bardziej sugestywny, widzimy już, że dzieją się rzeczy nielogiczne, brutalne, straszne. Film świetnie radzi sobie z utrzymywaniem widza delikatnie poza strefą komfortu. Słabo radzi sobie z logiką wydarzeń, ale po całym seansie zdajemy sobie sprawę, że tak musiało być. I było to dobre. trochę alegoryczne, trochę przewidywalne. A może nie do końca?

Lanthimos jest mistrzem, jeśli chodzi o konstruowanie miejsca i akcji filmu wokół tezy, która przypomina jakieś Twoje rozważanie, które naszło Cię, kiedy akurat czekałeś na windę. Było tak w „Kle” – a co by było, gdyby wychować dzieci w izolacji od świata zewnętrznego? Bardziej hardcore’owo w „Alpach” – a gdyby tak wynajmować dublerów do roli zmarłych osób? Jeśli „Lobster” to Twoja myśl, to jest już grubo – a co gdyby wszyscy single zamieniali się w zwierzęta? Tym razem reżyser idzie jeszcze dalej. Wszystkie te dziwactwa kryją jednak za sobą jakąś rzeczywistą myśl. Tutaj jest ona wyjątkowo silna – czym jest tak naprawdę sprawiedliwość i odpowiedzialność?

8/10
/K

Dodaj komentarz