Po
raz kolejny udowodniono mi, że aby film o superbohaterach był udany,
musi albo być świetnym obrazem, jako tworem kinematografii, albo
zwyczajnie cieszyć się konwencją kina komiksowego.
Najnowszy obraz Marvela zalicza się zdecydowanie do drugiej kategorii,
bo widać, że Waititi szuka w „Ragnaroku” prostej, acz niezwykle
satysfakcjonującej rozrywki. Dlatego też wszelkie supermoce rzeczywiście
są „super”, każda z postaci ma przerysowany, ale świetnie spełniający
rolę charakter, a fabuła jest jedynie kanwą dla wesołej rozwałki i coraz
to kolejnych gagów. No właśnie – dawno się tak na jakimkolwiek filmie
nie uśmiałem. Czasem może i obraz na tym cierpiał, bo wydawał się zbyt
głupi czy samoświadomy, a nienaturalnie każda jedna z postaci kryła w
sobie niemalże inteligentny sarkazm, ale w ogólnym rozrachunku nie miało
to większego znaczenia.Pochwalić należy też tu kreatywność w obszarze
wizualizacji niestworzonych światów i fantazyjnych elementów je
wypełniających – dobrze widzieć trochę kolorów, po szarobrudnych
krajobrazach ostatnich produkcji DC. Na sam koniec warto też wspomnieć o
Cate Blanchett, która nawet w roli tak jednowymiarowej i
nieskomplikowanej, dała każdemu znać, że jest najwyższej klasy aktorką.
Podsumowując – nowy „Thor” to po prostu kawał bardzo przyjemnej
rozrywki. Nie uświadczy się tu ani odmieniających życie doświadczeń, ani
wrażeń, które pozostaną z widzem na dłużej, ale przez cały czas trwania
seansu, będzie się po prostu dobrze bawić. 7/10
PS. Fakt, że w
odnowionym wizerunku Tom Hiddleston, bardzo często wyglądał, jak pewien
jegomość, który „jej nie uderzył” i lubi witać się z Markiem cieszył
mnie bardziej niż powinien.
/R