„Thor: Ragnarok” (2017), reż. Taika Waititi

Po raz kolejny udowodniono mi, że aby film o superbohaterach był udany, musi albo być świetnym obrazem, jako tworem kinematografii, albo zwyczajnie cieszyć się konwencją kina komiksowego.

Najnowszy obraz Marvela zalicza się zdecydowanie do drugiej kategorii, bo widać, że Waititi szuka w „Ragnaroku” prostej, acz niezwykle satysfakcjonującej rozrywki. Dlatego też wszelkie supermoce rzeczywiście są „super”, każda z postaci ma przerysowany, ale świetnie spełniający rolę charakter, a fabuła jest jedynie kanwą dla wesołej rozwałki i coraz to kolejnych gagów. No właśnie – dawno się tak na jakimkolwiek filmie nie uśmiałem. Czasem może i obraz na tym cierpiał, bo wydawał się zbyt głupi czy samoświadomy, a nienaturalnie każda jedna z postaci kryła w sobie niemalże inteligentny sarkazm, ale w ogólnym rozrachunku nie miało to większego znaczenia.Pochwalić należy też tu kreatywność w obszarze wizualizacji niestworzonych światów i fantazyjnych elementów je wypełniających – dobrze widzieć trochę kolorów, po szarobrudnych krajobrazach ostatnich produkcji DC. Na sam koniec warto też wspomnieć o Cate Blanchett, która nawet w roli tak jednowymiarowej i nieskomplikowanej, dała każdemu znać, że jest najwyższej klasy aktorką.

Podsumowując – nowy „Thor” to po prostu kawał bardzo przyjemnej rozrywki. Nie uświadczy się tu ani odmieniających życie doświadczeń, ani wrażeń, które pozostaną z widzem na dłużej, ale przez cały czas trwania seansu, będzie się po prostu dobrze bawić. 7/10

PS. Fakt, że w odnowionym wizerunku Tom Hiddleston, bardzo często wyglądał, jak pewien jegomość, który „jej nie uderzył” i lubi witać się z Markiem cieszył mnie bardziej niż powinien.

/R

Dodaj komentarz