„The Florida Project” (2017), reż. Sean Baker

Gdybym miał napisać scenariusz tak, żeby okazał się idealny – ale tak konkretnie idealny – to napisałbym cos takiego jak „Florida Project”. Znacie ten moment, kiedy film dzieli się na segmenty i po nakreśleniu świata przedstawionego, stawia przed nami problem, który bohater/owie musi/szą przezwyciężyć? To są te rozczarowująco proste konstrukcje, których tutaj nie uraczysz.

Pierwsze, czym uraczył mnie film, to dzieci. Trochę ogólnikowo, ale tak właśnie było. Kamera swobodnie podąża za grupką dzieci bawiących się swobodnie na podwórku, co jakiś czas (mam wrażenie, że nie w pełni świadomie, tylko z powodu trudności w pracy z dziećmi) przechodząc w klimaty mniej lub bardziej dokumentalne. To bardzo ważne, bo te sceny (których jest sporo) są absolutnym clue tego filmu w kwestii scenariuszowej i co równie ważne – są genialnie zrealizowane.

Dzieci te mieszkają na Florydzie w sąsiedztwie Disneylandu. tak się jednak składa, że bliskie sąsiedztwo Disneylandu dalekie jest od bajkowego świata. Chciałoby się napisać „najciemniej pod latarnią”, gdyby nie wszechobecne w filmie piękne, florydzkie słońce. Młodociani bohaterowie żyją oczywiście w środowisku, które określilibyśmy jako patologiczne – w ujęciu filmowym daleko mu jednak do tego, co skojarzylibyśmy z innymi znanymi obrazami grającymi na biednych dzieciach.

Film stara się nam – przekazując historię równolegle oczami dzieci i dorosłych – na pierwszy plan wypchnąć narrację sugerującą, że dzieci po prostu są dziećmi i spędzają swoje dzieciństwo, bawiąc się w zabawy i grając w gry, na których widok wciąż nawiedzała mnie myśl „tak! mam siedem lat i totalnie chcę też to z wami robić!”. Z drugiej strony co jakiś czas zagląda do nas poczucie, że nie żyją one w środowisku, w którym chcielibyśmy, żeby wychowywały się dzieci. To jest to drugie, czym film nas raczy – dorośli.

Te momenty sprawiają, że świetny film o dzieciach staje się genialnym filmem o dzieciach w świecie dorosłych. Nigdy jednak w czasie filmu nie przychodzi mi do głowy, żeby kogoś jednoznacznie oskarżyć – „hej, ty jesteś zły”. Wiecie co to jest? To jest realizm, wielowymiarowość i prawdziwość, uzyskana za pomocą scenariusza będącego najbardziej wyważoną konstrukcją jaką od dawna widziałem i RE-WE-LA-CYJ-NĄ grą tych niespełna 10-letnich dzieciaków. Nie uwierzę, jeśli usłyszę, że było to aktorstwo, a nie dokumentalistyczne filmowanie dzieci w swoim własnym świecie. To jest jak połączenie gatunków. To jest, kurczę, prawdziwe i dobre.

Ocena: 9/10

/K

Po zakończeniu seansu ja i Kamil potrzebowaliśmy przesiedzieć przez całe napisy końcowe, żeby móc zebrać się w sobie emocjonalnie do wyjścia. Gdy „The Florida Project” uderza, robi to dokładnie i boleśnie, ale nie łokciem w splot słoneczny, tylko delikatnym uszczypnięciem w jeden z nerwów. Gdyby ktoś zapytał mnie o najwspanialsze przykłady słodko-gorzkich filmów, ten pojawiłby się w mojej głowie bardzo szybko.

Ale żeby teraz nie wpadły Wam do głowy wyobrażenia, sprowadzające „The Florida Project” do kolejnego, smutnego obrazu kina artystycznego, podejmującego się ciężkich i przygnębiających tematów. Dawno się tak nie uśmiałem w kinie. Baker znajduje uśmiech wszędzie, co jest zwyczajnie… naturalne. Niemalże każda sytuacja może prowadzić tu do śmiechu. Humor jest na tyle nieinwazyjny, że jeśli człowiek nie zaśmieje się z czegoś, z czego śmiała się całaa sala, to nie ma wrażenia, że miał przed sobą zaprezentowany kiepski żart, czy czegoś nie załapał… po prostu czasem uśmiechamy się dzięki innym rzeczom.

Geniusz reżyserski objawia się nie tylko w przestrzeni humorystycznej, ale także w tym, jak inteligentnie prezentowane są codzienne dramaty mieszkańców przydrożnego motelu. Nigdy nie kłują w oczy, nigdy nie poświęca się im zbyt wiele czasu, nigdy nie musza być tłumaczone od A do Z, nigdy nie przesłaniają wszechobecnej magii dzieciństwa. Kolejnym świetnym zabieg znajduje się w sposobie przedstawienia małoletnich bohaterów. Po pierwszej scenie z ich udziałem, miałem ochotę każdego z nich nauczyć dobrych manier w sposób nieakceptowalny społecznie, ale już po chwili uśmiechałem się do ich niewinnej lekkości bytu, tak jakbym sam był jednym z ich sasiądów, mijających ich każdego dnia w czasie ich codziennych zabawach. A to wszystko skąpane w kolorystyce Tequilla Sunrise.

Kamil świetnie wyjaśnił temat aktorstwa dzieci, więc nie będę się nad nim bardziej rozwijać, ale koniecznie trzeba wspomnieć o Willemie Dafoe, grającym kierownika motelu. Jest w całej produkcji jedynym sławnym aktorem (matka głównej bohaterki to kompletna amatorka – tak jak i większość obsady – którą reżyser znalazł na instagramie) przez co jego genialne aktorstwo wydaje się czasem w tej przestrzeni aż nienaturalne. Z drugiej strony wydaje się być on jedyną „normalną” postacią przedstawionego środowiska, więc jego odmienność działa w tym przypadku idealnie.

„The Florida Project” to film niezwykły, obok której nie powinniście przechodzić obojętnie… szczególnie jeśli tęsknicie za letnimi popołudniami wśród bloków i placów zabaw.

Ocena: 8/10

/R

Dodaj komentarz