Gdybym
miał napisać scenariusz tak, żeby okazał się idealny – ale tak
konkretnie idealny – to napisałbym cos takiego jak „Florida Project”.
Znacie ten moment, kiedy film dzieli się na segmenty i po nakreśleniu
świata przedstawionego, stawia przed nami problem, który bohater/owie
musi/szą przezwyciężyć? To są te rozczarowująco proste konstrukcje, których tutaj nie uraczysz.
Pierwsze, czym uraczył mnie film, to dzieci. Trochę ogólnikowo, ale tak
właśnie było. Kamera swobodnie podąża za grupką dzieci bawiących się
swobodnie na podwórku, co jakiś czas (mam wrażenie, że nie w pełni
świadomie, tylko z powodu trudności w pracy z dziećmi) przechodząc w
klimaty mniej lub bardziej dokumentalne. To bardzo ważne, bo te sceny
(których jest sporo) są absolutnym clue tego filmu w kwestii
scenariuszowej i co równie ważne – są genialnie zrealizowane.
Dzieci te mieszkają na Florydzie w sąsiedztwie Disneylandu. tak się
jednak składa, że bliskie sąsiedztwo Disneylandu dalekie jest od
bajkowego świata. Chciałoby się napisać „najciemniej pod latarnią”,
gdyby nie wszechobecne w filmie piękne, florydzkie słońce. Młodociani
bohaterowie żyją oczywiście w środowisku, które określilibyśmy jako
patologiczne – w ujęciu filmowym daleko mu jednak do tego, co
skojarzylibyśmy z innymi znanymi obrazami grającymi na biednych
dzieciach.
Film stara się nam – przekazując historię równolegle
oczami dzieci i dorosłych – na pierwszy plan wypchnąć narrację
sugerującą, że dzieci po prostu są dziećmi i spędzają swoje dzieciństwo,
bawiąc się w zabawy i grając w gry, na których widok wciąż nawiedzała
mnie myśl „tak! mam siedem lat i totalnie chcę też to z wami robić!”. Z
drugiej strony co jakiś czas zagląda do nas poczucie, że nie żyją one w
środowisku, w którym chcielibyśmy, żeby wychowywały się dzieci. To jest
to drugie, czym film nas raczy – dorośli.
Te momenty
sprawiają, że świetny film o dzieciach staje się genialnym filmem o
dzieciach w świecie dorosłych. Nigdy jednak w czasie filmu nie
przychodzi mi do głowy, żeby kogoś jednoznacznie oskarżyć – „hej, ty
jesteś zły”. Wiecie co to jest? To jest realizm, wielowymiarowość i
prawdziwość, uzyskana za pomocą scenariusza będącego najbardziej
wyważoną konstrukcją jaką od dawna widziałem i RE-WE-LA-CYJ-NĄ grą tych
niespełna 10-letnich dzieciaków. Nie uwierzę, jeśli usłyszę, że było to
aktorstwo, a nie dokumentalistyczne filmowanie dzieci w swoim własnym
świecie. To jest jak połączenie gatunków. To jest, kurczę, prawdziwe i
dobre.
Ocena: 9/10
/K
Po zakończeniu seansu
ja i Kamil potrzebowaliśmy przesiedzieć przez całe napisy końcowe, żeby
móc zebrać się w sobie emocjonalnie do wyjścia. Gdy „The Florida
Project” uderza, robi to dokładnie i boleśnie, ale nie łokciem w splot
słoneczny, tylko delikatnym uszczypnięciem w jeden z nerwów. Gdyby ktoś
zapytał mnie o najwspanialsze przykłady słodko-gorzkich filmów, ten
pojawiłby się w mojej głowie bardzo szybko.
Ale żeby teraz nie
wpadły Wam do głowy wyobrażenia, sprowadzające „The Florida Project” do
kolejnego, smutnego obrazu kina artystycznego, podejmującego się
ciężkich i przygnębiających tematów. Dawno się tak nie uśmiałem w kinie.
Baker znajduje uśmiech wszędzie, co jest zwyczajnie… naturalne.
Niemalże każda sytuacja może prowadzić tu do śmiechu. Humor jest na tyle
nieinwazyjny, że jeśli człowiek nie zaśmieje się z czegoś, z czego
śmiała się całaa sala, to nie ma wrażenia, że miał przed sobą
zaprezentowany kiepski żart, czy czegoś nie załapał… po prostu czasem
uśmiechamy się dzięki innym rzeczom.
Geniusz reżyserski objawia
się nie tylko w przestrzeni humorystycznej, ale także w tym, jak
inteligentnie prezentowane są codzienne dramaty mieszkańców przydrożnego
motelu. Nigdy nie kłują w oczy, nigdy nie poświęca się im zbyt wiele
czasu, nigdy nie musza być tłumaczone od A do Z, nigdy nie przesłaniają
wszechobecnej magii dzieciństwa. Kolejnym świetnym zabieg znajduje się w
sposobie przedstawienia małoletnich bohaterów. Po pierwszej scenie z
ich udziałem, miałem ochotę każdego z nich nauczyć dobrych manier w
sposób nieakceptowalny społecznie, ale już po chwili uśmiechałem się do
ich niewinnej lekkości bytu, tak jakbym sam był jednym z ich sasiądów,
mijających ich każdego dnia w czasie ich codziennych zabawach. A to
wszystko skąpane w kolorystyce Tequilla Sunrise.
Kamil świetnie
wyjaśnił temat aktorstwa dzieci, więc nie będę się nad nim bardziej
rozwijać, ale koniecznie trzeba wspomnieć o Willemie Dafoe, grającym
kierownika motelu. Jest w całej produkcji jedynym sławnym aktorem (matka
głównej bohaterki to kompletna amatorka – tak jak i większość obsady –
którą reżyser znalazł na instagramie) przez co jego genialne aktorstwo
wydaje się czasem w tej przestrzeni aż nienaturalne. Z drugiej strony
wydaje się być on jedyną „normalną” postacią przedstawionego środowiska,
więc jego odmienność działa w tym przypadku idealnie.
„The
Florida Project” to film niezwykły, obok której nie powinniście
przechodzić obojętnie… szczególnie jeśli tęsknicie za letnimi
popołudniami wśród bloków i placów zabaw.
Ocena: 8/10
/R