Wiem, że Rafał już wam jedną recenzję napisał, ale czuję, że powinienem dodać coś od siebie.
Zaliczam się do grona osób, które lubi Przebudzenie Mocy – przede wszystkim dlatego, że mnie nie rozczarowało, o co mocno się martwiłem. Ostatniego Jedi lubię dlatego, że w wielu elementach mnie po prostu zaskoczył. Na plus.
Przede wszystkim, jeśli chodzi o samą historię i sposób jej prowadzenia. Film w bardzo wielu momentach ma dosyć jasne przesłanie – należy odciąć się od przeszłości i stworzyć coś nowego. Odnosi się to nie tylko do działań bohaterów, ale też do podejścia, z jakim tworzy się kolejne filmy tej sagi. Ostatni Jedi może być pierwszym krokiem w zupełnie nowym kierunku. Kierunku, który wydaje się zachęcający.
Na dobrą sprawę odcinanie się jest na tyle mocne, że film właściwie w niektórych aspektach igra ze świętościami, z dziedzictwem całego uniwersum. Niżej, jako swego rodzaju odgałęzienia, mamy poszczególne wątki fabularne, które od razu przywodzą nam na myśl wydarzenia ze starej trylogii – i to tak bardzo. Każdy z tych wątków jednak w którymś momencie nas zaskakuje i zostaje pchnięty do przodu w sposób, którego nie sposób jesteśmy przewidzieć, kiedy oglądając kierujemy się logiką znanego nam wcześniej świata SW. Tymi małymi oczekiwaniami względem rozwiązywania problemów bawi się reżyser – na moje oko w przeważającej większości skutecznie. Sprawia to, że te baśniowe od kilkudziesięciu lat Gwiezdne Wojny nabierają momentami trochę bardziej gorzkiego, bardzo satysfakcjonującego posmaku – co zwiastuje już po części wszechobecna w materiałach promocyjnych czerwona barwa.
Zastanawiałem się, czy Obi Wan wciąż jest moją ulubioną postacią z tej serii. Nie jest – może i był on świetnie odegrany przez McGregora, ale nie był tak dobrze napisany jak Kylo Ren. W ogóle Adam Driver i jego Kylo Ren zasługują na cały akapit dla siebie, capslockiem. Uwaga, Akapit dla Kylo Rena:
JAKA TO JEST ŚWIETNA POSTAĆ ŁOJEJU
To nie było ironiczne, naprawdę go kocham w tym filmie. Luke Skywalker też był świetny i bardzo nieoczywisty, ale już nie będę mu dawał akapitu, bądźmy łagodni. Oczywiście, jest tutaj kilka potknięć. Jedną scenę trzeba jak najszybciej wyrzucić z pamięci (serio, nie można kręcić takich scen – czy Marry Poppins zgubiła Parasol?). Humoru sytuacyjnego tak bardzo typowego dla współczesnego kina wysokobudżetowego jest trochę za dużo, ale chyba musimy do tego przywyknąć, aż nie wyjdzie z mody. Wątek Finna i w ogóle cała jego postać – jak bardzo sympatyczna by nie była – może i wydają się trochę niepotrzebne. Finalnie jednak, to są świetne Star Warsy. Przebudzenie mocy było niezłe i bardzo ciekawe ze względu na wyjątkowo duże podobieństwo fabularne i stylistyczne do Nowej Nadziei. Ostatni Jedi jest świetny, bo robi coś nowego w obrębie tego uniwersum i robi to naprawdę ciekawie (ciekawiej niż Łotr Jeden). Gdyby nie kilka głupot, bez wahania przyznałbym, że to moja ulubiona część sagi. Te głupoty jednak tutaj są, więc muszę to przyznać po krótkim zastanowieniu.
8/10
/K