Czasami jest tak, że szukamy zupełnie różnych filmowych doznań. Ja obejrzę jakiś wczesny film Jarmuscha, a Rafał zachwyci się wartkim, koncertowym „Whiplash”. Bardzo cennym doświadczeniem jest nie tyle samo zobaczenie tego, co nas filmowo krzepi, ale też podzielenie się tym z kimś innym. Powiem takiemu przysłowiowemu Rafałowi – obejrzyj „Stranger than paradise”, warto. Ale dlaczego – zapyta się mnie. No właśnie – wtedy dopiero wychodzimy ze swojej strefy komfortowego „ale to jest fajne podoba mi się to” do strefy „hmmm, jak ten film jest zbudowany, jaka jest jego struktura”. Bo przecież powiedzieć o fajnym filmie, że jest fajny, to jak nic nie powiedzieć.
A film ma swoją strukturę. Jest pewnym stwierdzeniem, tezą, czy też innym nieskonkretyzowanym stanem umysłu – obudowanym w odpowiednie środki pozwalające różnymi kanałami przekazać emocje. Mnogość tych środków istniejących na płaszczyźnie filmowej to coś, co pozwala nam od stu lat obserwować filmy z tym samym zaciekawieniem, chociaż ich przekaz nie ewoluował aż tak bardzo w gruncie rzeczy. Jesteśmy ludźmi, a rzeczy się dzieją – od zawsze.
Każdy reżyser więc tworzy swoje własne środki przekazu, którymi próbuje coś przekazać – nie zawsze coś konkretnego jak „życie to pudełko czekoladek”. Czasem to coś bardzo nieuchwytnego konkretnym słowem. Jim Jarmush pokaże to przez nieporadny dialog i statyczne, dalekie ujęcia, a Damien Chazelle przez dynamiczny montaż i zabawę rytmem. Teraz wyobraź sobie, że musza się oni zamienić swoimi zabawkami. Chazelle mógłby niewiele zdziałać grabkami i łopatkami Jarmuscha. I vice versa.
A może udałoby im się to? Może to kwestia tego, jak wielkimi są twórcami? Jak szerokie mają głowy? Dobrze jest mieć świadomość, że Twój idol to wszechstronny człowiek w swoim fachu i sobie poradzi. Taką świadomość bardzo chciał mieć Lars von Trier (a może wręcz przeciwnie?). Zaangażował on swojego idola, Jorgena Letha, do bardzo perwersyjnej, artystycznej zabawy. Leth zmuszony był wrócić do swojego wielkiego dzieła, jakim był „Człowiek doskonały” i stworzyć je na nowo przy pomocy zupełnie nowych zabawek. Takich zabawek, których zupełnie nie lubi. Jak Jarmusch agresywnego montażu. Jak Chazelle filmów bez muzyki.
Lars von Trier nie byłby sobą, gdyby po prostu kazał Lethowi nakręcić film na nowo przy użyciu nowych technik. Dystans, jaki ma stwórca do swojego dawnego dzieła zepsuł by zabawę von Trierowi. Duński reżyser upewnił się, że kręcenie „Doskonałego człowieka” na nowo zaangażuje Letha emocjonalnie. W tym celu warunki, jakie stawia von Trier po pewnym czasie przestają być jednoznacznie moralne i etyczne. Jak duży jest dyskomfort, kiedy trzeba przekazać swoją rzecz przy użyciu znienawidzonych technik i przy moralnych wątpliwościach? Co z tego wyjdzie?
„Pięć nieczystych zagrań” to piękna sprawa, jeśli chodzi o zacieranie granic pomiędzy treścią sztuki a jej formą i znaczeniem moralnym. Dokument to przeważnie forma, pozwalająca na pokazanie danego zjawiska w możliwie jak najbardziej naturalnym środowisku. Niektóre dokumenty pokazują jak wygląda życie fauny i flory na wysepce na Pacyfiku, niektóre z kolei pokazują problemy pracowników przemysłowych. „Pięć nieczystych zagrań” jako dokument pokazuje sztukę samą w sobie – proces jej powstawania, rozterki jej towarzyszące oraz myśli i emocje, które autor zostawia w swoim dziele. Dokument o sztuce w najczystszej możliwej postaci.
10/10
/K