„Pełnia życia” (2017), reż. Andy Serkis

Andy Serkis w swoim pierwszym poważnym reżyserskim tworze pokazuje nam jednocześnie wiele i bardzo niewiele. „Breathe” to opowieść biograficzna o Robinie Cavendishu – młodym mężczyźnie, dotkniętym chorobą polio. Jest to wyjątkowo złośliwa przypadłość, która powoduje nieodwracalny paraliż od szyi w dół. Rezolutny, błyskotliwy i kochający podróże mężczyzna staje się więc przykutym do łóżka z respiratorem nieszczęśnikiem.

Serkis w swoim obrazie pokazuje nam kolejne etapy życia Cavendisha, przeskakując z akcją co kilka lat, chwytając pewne najbardziej transparentne zdarzenia. W międzyczasie dzieje się wiele, co mogłoby być okazją ku temu, by zastanowić się nad losem osób sparaliżowanych, moralnych dylematach ich bliskich, braku chęci do życia czy chociażby tego, jak trudne jest w podobnej sytuacji małżeńskie pożycie.

Tak się jednak składa, że pod natłokiem przygodowych segmentów, ukazujących nam wyjątkowo aktywne życie chorego człowieka, absolutnie nic się nie kryje. Film wykorzystuje historię Robina Cavendisha po to, by przejść z punktu A do punktu B i umieścić gdzieś w środku sporo aspektów humorystycznych (które mnie całkiem rozbawiły) i kilka wzruszających obrazków (które też były naprawdę sugestywne). Nie jest tak, że czynię w tym momencie jakiś zarzut, ale pod przykryciem bardzo przyjemnego filmu nic się zupełnie nie kryje.

Serkis otrzymał scenariusz, który samo życie spisało rękoma Williama Nicholsona. Pozyskał świetnych aktorów w osobach Andy’ego Garfielda i Clarie Fox. Zatrudnił tez bardzo dobrych operatorów, którzy sprawili, że zdjęcia były bardzo ładne wizualnie właściwie w każdym momencie filmu. Wszystko to składa się na bardzo miły i naprawdę przyjemny film, który w gruncie rzeczy pozostaje pusty.

„Pustość” na którą wskazuję nie jest nawet zarzutem. Finalnie naprawdę nieźle się za sprawą tego seansu bawiłem, a gdyby film spróbował zagłębić się w coś bardziej wymagającego, mógłby tylko niepotrzebnie ucierpieć na swoim niewątpliwym atucie, jakim jest szybkie, lekkie, przygodowe tempo opowieści. Jeśli istnieje wzór na film, na który chcesz iść do kina, żeby się zaśmiać i zasmucić, ale po wyjściu z kina niczego już od niego nie oczekujesz, to kryje się on tutaj.

OCENA: 6/10

/K

W dużej mierze podpisuję się pod wszystkim, co napisał Kamil. „Pełnia życia” to obraz tyleż dobry, co bardzo w przestrzeni emocjonalnej neutralny. Pomimo otrzymania na Heartland Film nagrody za „Prawdziwie wzruszający film” ciężarem przewyższają go i biografia Stephena Hawkinga (świeć wszechświecie nad jego duszą) „Teoria wszystkiego”, i nawet opowiadający historię miłosnej relacji sparaliżowanego po wypadku milionera z jego opiekunką „Zanim się pojawiłeś”. Czy to zarzut? Może trochę. Czy w ogólnym rozrachunku to przeszkadza? Niespecjalnie.

Odnosząc się do recenzji mojego przedmówcy chciałbym zwrócić uwagę na dwa punkty. Pierwszy: zdjęcia. Byłem bardzo zaskoczony tym, jak wizualnie przyjemnym filmem była „Pełnia życia”. Pomimo, że większość czasu jest to jednak bardzo klasyczna produkcja, to zdarzało jej się od czasu do czasu przemycić trochę własnego stylu. Nie żeby było to w jakimkolwiek stopniu unikatowe – czasem trochę więcej kolorków, czasem troszkę symetrii, czasem coś przerażającego surowością. Gdybym tylko jednak z większa uwagą spojrzał na listę płac, to może na moje zdziwienie nie byłoby w ogóle miejsca, bo operatorem kamery był Robert Richardson – człowiek odpowiedzialny za takie produkcje jak obie części „Kill Billa”, „Nienawistną ósemkę” czy „Hugo i jego wynalazek”. To legenda branży, której nieśmiałe pomoce reżyserowi rzeczywiście widać.

Druga sprawa: aktorzy. A raczej jeden aktor. W dwóch rolach. Kamil wspomniał o Andrew Garfieldzie i Claire Foy (przy czym warto zwrócić uwagę na to, że nie jest to z zamysłu film o Robinie Cavendishu a o małżeństwie Robina Cavendisha i Diane Cavendish) a nie raczył nawet wspomnieć o wspaniałej podwójnej roli Toma Hollandera. Aktor, znany szerszej publiczności głównie za sprawą wcielenia się w diabolicznego Lorda Becketta w serii o piratach z Karaibów, zagrał błyskotliwych towarzysko braci głównej bohaterki, dostarczając najbardziej ciepłych i wzruszających momentów całym filmie.

Tu może się czaić delikatny problem. Szwagrowie człowieka z polio są bardziej wzruszający od niego i jego żony. Małżeństwo nawet w najbardziej dramatycznych scenach jakoś w moim emocjonalnym serduszku nie zdołało wywołać za wiele. Wiem, że nie to było ich głównym celem, ale widać jednak, że się starali i objawia się tu po prostu słabostka scenariuszowa. Finalnie wychodzi więc na to, że wobec wszystkich tych okropności, jeśli tylko masz wolę walki, kochających bliskich… i sporą dozę zasobów pieniężnych, to nawet polio staje się wspaniałą zabawą.

OCENA: 6/10

/R

Dodaj komentarz