Andy
Serkis w swoim pierwszym poważnym reżyserskim tworze pokazuje nam
jednocześnie wiele i bardzo niewiele. „Breathe” to opowieść biograficzna
o Robinie Cavendishu – młodym mężczyźnie, dotkniętym chorobą polio.
Jest to wyjątkowo złośliwa przypadłość, która powoduje nieodwracalny
paraliż od szyi w dół. Rezolutny, błyskotliwy i kochający podróże mężczyzna staje się więc przykutym do łóżka z respiratorem nieszczęśnikiem.
Serkis w swoim obrazie pokazuje nam kolejne etapy życia Cavendisha,
przeskakując z akcją co kilka lat, chwytając pewne najbardziej
transparentne zdarzenia. W międzyczasie dzieje się wiele, co mogłoby być
okazją ku temu, by zastanowić się nad losem osób sparaliżowanych,
moralnych dylematach ich bliskich, braku chęci do życia czy chociażby
tego, jak trudne jest w podobnej sytuacji małżeńskie pożycie.
Tak się jednak składa, że pod natłokiem przygodowych segmentów,
ukazujących nam wyjątkowo aktywne życie chorego człowieka, absolutnie
nic się nie kryje. Film wykorzystuje historię Robina Cavendisha po to,
by przejść z punktu A do punktu B i umieścić gdzieś w środku sporo
aspektów humorystycznych (które mnie całkiem rozbawiły) i kilka
wzruszających obrazków (które też były naprawdę sugestywne). Nie jest
tak, że czynię w tym momencie jakiś zarzut, ale pod przykryciem bardzo
przyjemnego filmu nic się zupełnie nie kryje.
Serkis otrzymał
scenariusz, który samo życie spisało rękoma Williama Nicholsona.
Pozyskał świetnych aktorów w osobach Andy’ego Garfielda i Clarie Fox.
Zatrudnił tez bardzo dobrych operatorów, którzy sprawili, że zdjęcia
były bardzo ładne wizualnie właściwie w każdym momencie filmu. Wszystko
to składa się na bardzo miły i naprawdę przyjemny film, który w gruncie
rzeczy pozostaje pusty.
„Pustość” na którą wskazuję nie jest
nawet zarzutem. Finalnie naprawdę nieźle się za sprawą tego seansu
bawiłem, a gdyby film spróbował zagłębić się w coś bardziej
wymagającego, mógłby tylko niepotrzebnie ucierpieć na swoim niewątpliwym
atucie, jakim jest szybkie, lekkie, przygodowe tempo opowieści. Jeśli
istnieje wzór na film, na który chcesz iść do kina, żeby się zaśmiać i
zasmucić, ale po wyjściu z kina niczego już od niego nie oczekujesz, to
kryje się on tutaj.
OCENA: 6/10
/K
W dużej
mierze podpisuję się pod wszystkim, co napisał Kamil. „Pełnia życia” to
obraz tyleż dobry, co bardzo w przestrzeni emocjonalnej neutralny.
Pomimo otrzymania na Heartland Film nagrody za „Prawdziwie wzruszający
film” ciężarem przewyższają go i biografia Stephena Hawkinga (świeć
wszechświecie nad jego duszą) „Teoria wszystkiego”, i nawet opowiadający
historię miłosnej relacji sparaliżowanego po wypadku milionera z jego
opiekunką „Zanim się pojawiłeś”. Czy to zarzut? Może trochę. Czy w
ogólnym rozrachunku to przeszkadza? Niespecjalnie.
Odnosząc się
do recenzji mojego przedmówcy chciałbym zwrócić uwagę na dwa punkty.
Pierwszy: zdjęcia. Byłem bardzo zaskoczony tym, jak wizualnie przyjemnym
filmem była „Pełnia życia”. Pomimo, że większość czasu jest to jednak
bardzo klasyczna produkcja, to zdarzało jej się od czasu do czasu
przemycić trochę własnego stylu. Nie żeby było to w jakimkolwiek stopniu
unikatowe – czasem trochę więcej kolorków, czasem troszkę symetrii,
czasem coś przerażającego surowością. Gdybym tylko jednak z większa
uwagą spojrzał na listę płac, to może na moje zdziwienie nie byłoby w
ogóle miejsca, bo operatorem kamery był Robert Richardson – człowiek
odpowiedzialny za takie produkcje jak obie części „Kill Billa”,
„Nienawistną ósemkę” czy „Hugo i jego wynalazek”. To legenda branży,
której nieśmiałe pomoce reżyserowi rzeczywiście widać.
Druga
sprawa: aktorzy. A raczej jeden aktor. W dwóch rolach. Kamil wspomniał o
Andrew Garfieldzie i Claire Foy (przy czym warto zwrócić uwagę na to,
że nie jest to z zamysłu film o Robinie Cavendishu a o małżeństwie
Robina Cavendisha i Diane Cavendish) a nie raczył nawet wspomnieć o
wspaniałej podwójnej roli Toma Hollandera. Aktor, znany szerszej
publiczności głównie za sprawą wcielenia się w diabolicznego Lorda
Becketta w serii o piratach z Karaibów, zagrał błyskotliwych towarzysko
braci głównej bohaterki, dostarczając najbardziej ciepłych i
wzruszających momentów całym filmie.
Tu może się czaić
delikatny problem. Szwagrowie człowieka z polio są bardziej wzruszający
od niego i jego żony. Małżeństwo nawet w najbardziej dramatycznych
scenach jakoś w moim emocjonalnym serduszku nie zdołało wywołać za
wiele. Wiem, że nie to było ich głównym celem, ale widać jednak, że się
starali i objawia się tu po prostu słabostka scenariuszowa. Finalnie
wychodzi więc na to, że wobec wszystkich tych okropności, jeśli tylko
masz wolę walki, kochających bliskich… i sporą dozę zasobów pieniężnych,
to nawet polio staje się wspaniałą zabawą.
OCENA: 6/10
/R