„Nigdy
cię tu nie było” to kino fenomenalne. Niestety im dłużej zwlekam z
napisaniem recenzji obrazu Lynne Ramsay, tym bardziej mam wrażenie, że
nie w pełni wiem, co powiedzieć, tak aby moje słowa nie czyniły mu
niesprawiedliwości.
W
przestrzeni bazy fabularnej „Nigdy…” to kino na wskroś gatunkowe –
dręczony traumami weteran trudni się odnajdywaniem na zlecenie
zagubionych dziewczynek i karaniem ich porywaczy, ale niespodziewanie
jedna z robót idzie nie po jego myśli. Skojarzenia z tytułami pokroju
„Uprowadzonej” czy „Transportera” są jak najbardziej na miejscu. Sęk w
tym, że Ramsay bierze tę konwencję po czym łączy ją z formą na wskroś
artystyczną, udowadniając, że przy odpowiedniej dawce wyczucia i
wyobraźni każdy schemat filmowy może nieść za sobą wartości wykraczające
poza ramy utarte przez nastawienie na sukces w tabelkach Box Office.
Przemoc jest brutalna, ale nacisk reżyserka kładzie nie na akt
zabijania, a na ideę destrukcji, często pokazując jedynie to, co zaraz
przed i zaraz po kolejnym mordzie, tak aby to wyobraźnia dopisała nam
niepotrzebny przebieg. Surowości dopełnia to, że Joe w swoich masakrach
posługuje się niemal wyłącznie młotkiem – to też świadomy zabieg Ramsay,
bo w powieści, na której opiera się historia, główny bohater tworzy
bardziej skomplikowane bronie przy pomocy materiałów budowlanych, ale
reżyserce morderczy MacGyver zwyczajnie był nie w smak.
W rolę
Joego wcielił się Joaquin Phoenix i jeśli to nie jest jego szczytowa
forma, to ja nie mam pojęcia, co jeszcze nas może czekać. Wszelkie
krzywdy, których doznał na przestrzeni życia, czy to ze strony ojca, czy
okrucieństwa widzianego w trakcie operacji militarnych, są widoczne w
każdym jego ruchu. Jego postura jest pokraczna, gesty pełne
znerwicowania a poczynania autodestrukcyjne. Ramsay postanowiła
pogrzebać w głównych bohaterach kina akcji i zastanowić się jakie traumy
i cierpienia siedzą w głowach maszyn do zabijania, i gdyby nie Phoenix z
pewnością nie udałoby się jej to tak dobrze.
Jakby tego było
mało „Nigdy…” to cudo audiowizualne. Stojący za kamerą Thomas Townend
pogodził dynamikę kina akcji, z surowością gore, chaosem nowoczesnego
kina miejskiego i powolnym okiem slow cinema. Dorzucić do tego należy
rwane ekscesy montażowe (doprawiane przytłaczającymi efektami
dźwiękowymi) i parę intencjonalnych braków ciągłości, zaserwowane przez
Joe Biniego, a na koniec przyprawić fantastyczną ścieżką dźwiękową
gitarzysty Radiohead – Jonny’ego Greenwooda. Ten ostatni po raz kolejny
już pojawił się na mym radarze po wielkim zaskoczeniu w „Nici widmo” i
mam nadzieję, że jeszcze parę razy będzie mi dane usłyszeć jego dźwięki.
Obraz Ramsay spotyka się wśród opinii publicznej z całkiem sporą dozą
krytyki – a to że przekombinowane, a to że proste, a to że nie wiadomo,
co chce przekazać i szczerze to… nie mam zamiaru z tym walczyć. Choćbym
chciał, żeby było inaczej „Nigdy cię tu nie było” potrzebuje delikatnego
przychylenia się do jego koncepcji, inaczej można się od niego odbić.
Ale bez względu na wszystko wiem, że to kino, które bez względu na to
czy jesteś zaprawionym koneserem Wernera Herzoga, czy może specjalistą
od wyczynów Stevena Seagala, może w sobie rozkochać. Tak jak rozkochało
mnie.
OCENA: 9/10
/R