„Nigdy cię tu nie było” (2017), reż. Lynne Ramsay

„Nigdy cię tu nie było” to kino fenomenalne. Niestety im dłużej zwlekam z napisaniem recenzji obrazu Lynne Ramsay, tym bardziej mam wrażenie, że nie w pełni wiem, co powiedzieć, tak aby moje słowa nie czyniły mu niesprawiedliwości.

W przestrzeni bazy fabularnej „Nigdy…” to kino na wskroś gatunkowe – dręczony traumami weteran trudni się odnajdywaniem na zlecenie zagubionych dziewczynek i karaniem ich porywaczy, ale niespodziewanie jedna z robót idzie nie po jego myśli. Skojarzenia z tytułami pokroju „Uprowadzonej” czy „Transportera” są jak najbardziej na miejscu. Sęk w tym, że Ramsay bierze tę konwencję po czym łączy ją z formą na wskroś artystyczną, udowadniając, że przy odpowiedniej dawce wyczucia i wyobraźni każdy schemat filmowy może nieść za sobą wartości wykraczające poza ramy utarte przez nastawienie na sukces w tabelkach Box Office. Przemoc jest brutalna, ale nacisk reżyserka kładzie nie na akt zabijania, a na ideę destrukcji, często pokazując jedynie to, co zaraz przed i zaraz po kolejnym mordzie, tak aby to wyobraźnia dopisała nam niepotrzebny przebieg. Surowości dopełnia to, że Joe w swoich masakrach posługuje się niemal wyłącznie młotkiem – to też świadomy zabieg Ramsay, bo w powieści, na której opiera się historia, główny bohater tworzy bardziej skomplikowane bronie przy pomocy materiałów budowlanych, ale reżyserce morderczy MacGyver zwyczajnie był nie w smak.

W rolę Joego wcielił się Joaquin Phoenix i jeśli to nie jest jego szczytowa forma, to ja nie mam pojęcia, co jeszcze nas może czekać. Wszelkie krzywdy, których doznał na przestrzeni życia, czy to ze strony ojca, czy okrucieństwa widzianego w trakcie operacji militarnych, są widoczne w każdym jego ruchu. Jego postura jest pokraczna, gesty pełne znerwicowania a poczynania autodestrukcyjne. Ramsay postanowiła pogrzebać w głównych bohaterach kina akcji i zastanowić się jakie traumy i cierpienia siedzą w głowach maszyn do zabijania, i gdyby nie Phoenix z pewnością nie udałoby się jej to tak dobrze.

Jakby tego było mało „Nigdy…” to cudo audiowizualne. Stojący za kamerą Thomas Townend pogodził dynamikę kina akcji, z surowością gore, chaosem nowoczesnego kina miejskiego i powolnym okiem slow cinema. Dorzucić do tego należy rwane ekscesy montażowe (doprawiane przytłaczającymi efektami dźwiękowymi) i parę intencjonalnych braków ciągłości, zaserwowane przez Joe Biniego, a na koniec przyprawić fantastyczną ścieżką dźwiękową gitarzysty Radiohead – Jonny’ego Greenwooda. Ten ostatni po raz kolejny już pojawił się na mym radarze po wielkim zaskoczeniu w „Nici widmo” i mam nadzieję, że jeszcze parę razy będzie mi dane usłyszeć jego dźwięki.

Obraz Ramsay spotyka się wśród opinii publicznej z całkiem sporą dozą krytyki – a to że przekombinowane, a to że proste, a to że nie wiadomo, co chce przekazać i szczerze to… nie mam zamiaru z tym walczyć. Choćbym chciał, żeby było inaczej „Nigdy cię tu nie było” potrzebuje delikatnego przychylenia się do jego koncepcji, inaczej można się od niego odbić. Ale bez względu na wszystko wiem, że to kino, które bez względu na to czy jesteś zaprawionym koneserem Wernera Herzoga, czy może specjalistą od wyczynów Stevena Seagala, może w sobie rozkochać. Tak jak rozkochało mnie.

OCENA: 9/10

/R

Dodaj komentarz