„Marlina: Zbrodnia w czterech aktach” (2017), reż. Mouly Surya

Jednym z wspaniałych punktów mojego majówkowego wyjazdu na Maltę było odwiedzenie Spazju Kreattiv – centrum kulturowego w XVI-wiecznym nadszańcu, które mieściło w sobie jedną salę kinową. Tamtejszy repertuar oferował tylko dwa filmy, przy czym „The Square” już widziałem, więc wyboru specjalnie nie miałem i och, jak miło pójść czasem na coś o czym się absolutnie nic nie wie.

„Marlina…” to indonezyjski dramat, który przywrócił po 12 latach tamtejszą kinematografię do Cannes. Omawiając historię pozwolę sobie skrócić pierwszy z jej aktów (zdecydowanie najlepszy), bo to wokół niego kręcić się będą moje komplementy i komentarze. Do mieszkającej na odludziu wdowy przyjeżdża bandyta, który oznajmia, że wraz z grupą kolegów, którzy przyjadą za chwil parę, okradnie ją ze wszystkich zwierząt hodowlanych, ona ugotuje im obiad, a potem wszyscy ją zgwałcą. Marlina zabija każdego z oprawców, który zdecydował się zostać u niej na noc.

W tym pierwszym segmencie „Marlina…” ujawnia wszystkie swoje zalety. Po pierwsze – atmosfera. Gdy główną nutą sceny ma być napięcie i zagrożenie Surya radzi sobie fantastycznie, osiągając swój cel zarówno poprzez inteligentne tempo, jak i proste zabiegi, takie jak intensywny ogień paleniska, który zalewa potem twarz bohaterki. Po drugie – zdjęcia. To, co Yunus Pasolang wyczynia z kamerą we wnętrzach, to jest dzieło sztuki. Jego statyczne, klaustrofobiczne, idealnie wypełnione przez scenografa ujęcia proszą się o umieszczenie w albumach. Z plenerami radzi sobie on również dobrze, ale tam aspekty wizualne ograniczają się do estetyki, nie niosą ze sobą żadnej wagi. Po trzecie – muzyka. Arfani i Khaseli postawili na dominację gitary elektrycznej, akordeonu i pianina. Trio może i nie w pełni oczywiste, ale wyraźnie konstruujące klimat całego obrazu – dalekowschodniego, kobiecego, nowoczesnego westernu.

Wtrącę tutaj szybko mały akapit, o tym, że obraz Suryi jest kinem na wskroś feministycznym. Zaskakująco, pomimo że postacie męskie są albo na wskroś złe albo bezużyteczne lub chociaż niemrawe, to reżyserce udało się uniknąć niezbyt wartościowego systemu pt. „jacy ci faceci beznadziejni a kobiety takie uciśnione”. Dzięki położeniu nacisku na silnej postaci żeńskiej i jej wytrwałym zmaganiom, Surya stworzyła kino o sile i wartości kobiet, które nie chce uprawiać tanich morałów.

Gdzie jednak negatywy? Po pierwszym akcie przychodzą następne trzy, które wypadają słabiej przez niemrawy scenariusz, którego motywy nie współgrają z mocnymi stronami reżyserki. Na szczęście wszystkie walory techniczne zostały zachowane, dlatego akty od II do IV nie męczą, tylko po prostu nie są w stanie już zachwycać. Po wyjściu z kina myślałem o tym, że wolałbym zobaczyć pierwszą ćwierć rozwleczoną na pełnometrażowy film.

„Marlina…” była intrygującym doświadczeniem, zarówno dzięki lokacji, w której ją oglądałem, jak i lokacji, z której film pochodził, bo nowe zbliżenia do kultur mi relatywnie obcych zawsze są dla mnie źródłem zaciekawienia. Przepowiadam – dajcie Suryi historię z interesującą intrygą, która rozgrywa się głównie we wnętrzach oraz Pasolanga za kamerą i jest spora szansa na to, że dostaniecie indonezyjskie arcydzieło.

OCENA: 7/10

/R

Dodaj komentarz