Jednym
z wspaniałych punktów mojego majówkowego wyjazdu na Maltę było
odwiedzenie Spazju Kreattiv – centrum kulturowego w XVI-wiecznym
nadszańcu, które mieściło w sobie jedną salę kinową. Tamtejszy repertuar
oferował tylko dwa filmy, przy czym „The Square” już widziałem, więc
wyboru specjalnie nie miałem i och, jak miło pójść czasem na coś o czym się absolutnie nic nie wie.
„Marlina…” to indonezyjski dramat, który przywrócił po 12 latach
tamtejszą kinematografię do Cannes. Omawiając historię pozwolę sobie
skrócić pierwszy z jej aktów (zdecydowanie najlepszy), bo to wokół niego
kręcić się będą moje komplementy i komentarze. Do mieszkającej na
odludziu wdowy przyjeżdża bandyta, który oznajmia, że wraz z grupą
kolegów, którzy przyjadą za chwil parę, okradnie ją ze wszystkich
zwierząt hodowlanych, ona ugotuje im obiad, a potem wszyscy ją zgwałcą.
Marlina zabija każdego z oprawców, który zdecydował się zostać u niej na
noc.
W tym pierwszym segmencie „Marlina…” ujawnia wszystkie
swoje zalety. Po pierwsze – atmosfera. Gdy główną nutą sceny ma być
napięcie i zagrożenie Surya radzi sobie fantastycznie, osiągając swój
cel zarówno poprzez inteligentne tempo, jak i proste zabiegi, takie jak
intensywny ogień paleniska, który zalewa potem twarz bohaterki. Po
drugie – zdjęcia. To, co Yunus Pasolang wyczynia z kamerą we wnętrzach,
to jest dzieło sztuki. Jego statyczne, klaustrofobiczne, idealnie
wypełnione przez scenografa ujęcia proszą się o umieszczenie w albumach.
Z plenerami radzi sobie on również dobrze, ale tam aspekty wizualne
ograniczają się do estetyki, nie niosą ze sobą żadnej wagi. Po trzecie –
muzyka. Arfani i Khaseli postawili na dominację gitary elektrycznej,
akordeonu i pianina. Trio może i nie w pełni oczywiste, ale wyraźnie
konstruujące klimat całego obrazu – dalekowschodniego, kobiecego,
nowoczesnego westernu.
Wtrącę tutaj szybko mały akapit, o tym,
że obraz Suryi jest kinem na wskroś feministycznym. Zaskakująco, pomimo
że postacie męskie są albo na wskroś złe albo bezużyteczne lub chociaż
niemrawe, to reżyserce udało się uniknąć niezbyt wartościowego systemu
pt. „jacy ci faceci beznadziejni a kobiety takie uciśnione”. Dzięki
położeniu nacisku na silnej postaci żeńskiej i jej wytrwałym zmaganiom,
Surya stworzyła kino o sile i wartości kobiet, które nie chce uprawiać
tanich morałów.
Gdzie jednak negatywy? Po pierwszym akcie
przychodzą następne trzy, które wypadają słabiej przez niemrawy
scenariusz, którego motywy nie współgrają z mocnymi stronami reżyserki.
Na szczęście wszystkie walory techniczne zostały zachowane, dlatego akty
od II do IV nie męczą, tylko po prostu nie są w stanie już zachwycać.
Po wyjściu z kina myślałem o tym, że wolałbym zobaczyć pierwszą ćwierć
rozwleczoną na pełnometrażowy film.
„Marlina…” była
intrygującym doświadczeniem, zarówno dzięki lokacji, w której ją
oglądałem, jak i lokacji, z której film pochodził, bo nowe zbliżenia do
kultur mi relatywnie obcych zawsze są dla mnie źródłem zaciekawienia.
Przepowiadam – dajcie Suryi historię z interesującą intrygą, która
rozgrywa się głównie we wnętrzach oraz Pasolanga za kamerą i jest spora
szansa na to, że dostaniecie indonezyjskie arcydzieło.
OCENA: 7/10
/R