„Jestem najlepsza. Ja, Tonya” (2017), reż. Craig Gillespie

Jak można było tak nazwać ten film? Czy tłumaczenie „I, Tonya” na „Ja, Tonya” naprawdę nie wystarczyło? Trzeba było dodać przaśne „jestem najlepsza”? Panie Dystrybutor, wstydź się Pan. Masz Pan szczęście, że chociaż film broni się sobą samym.

„Ja, Tonya” (bo tak zamierzam nazywać tu ten obraz) to biograficzna opowieść o życiu Tonyi Harding – łyżwiarki figurowej, która przeszła do historii najpierw za sprawą bycia pierwszą Amerykanką, która z sukcesem skoczyła potrójnego axela, później zaś przez zaangażowanie w zlecenie pobicia jednej ze swoich rywalek. Historia opowiadana jest na podstawie wywiadów, udzielonych po latach przez Tonyę, jej matkę, byłego męża, kumpla męża i dziennikarza. Wywiady te są również odtworzone w filmie przez odpowiednio postarzonych aktorów, zwracających się bezpośrednio do kamery, co już na samym początku skraca dystans do widza. Cała produkcja jest bardzo samoświadoma i opiera na tym swoją narrację. Ma to swoje plusy (film zdaje sobie sprawę, że za bardzo na daty pokazywane na ekranie widz nie zwraca uwagi [w przeciwieństwie do ciebie, Michalino Wisłocka], więc humorystycznie wtrąca po chwili na planszach choćby podtytuł „3 dni później”) i minusy (kiedy czwarta ściana burzona jest w retrospektywach, to miałem momentami wrażenie, że film na siłę próbuję być „cool” i zdystansowany do samego siebie). W ogólnym rozrachunku to jednak świeży powiew w stosunku do mocno relacjonującego i ustawiającego się z boku kina biograficznego.

Najlepszym elementem „Ja, Tonya” jest zdecydowane aktorstwo. Oscar dla Allison Janney za najlepszą żeńską rolę drugoplanową nie wziął się znikąd i pewnie już się peanów o jej grze naczytaliście, ale to nie ona świeciła tu dla mnie najmocniej. Ten film udowodnił mi, że Margot Robbie wielką aktorką jest. Niemalże naturalna w swej roli trzymała cały film w ryzach, nie czyniąc jednak z niego teatru jednej aktorki. Oczywiście, jej umiejętności najbardziej objawiają się w scenach, w których jest sama (za samą, minutową scenę nakładania make-upu przed lustrem należała się jej ta oscarowa nominacja), ale są one na tyle krótkie, że nie ma się wrażenia „zawłaszczania” przez nią filmu. Świetnie też radził sobie Paul Walter Hauser, którego rola pełnego urojeń kumpla męża Tonyi najmocniej bujała moimi emocjami – to rozbawiała, to wprowadzała w furię. Stanowi Sebastianowi też nie mam nic do zarzucenia, co więcej parę pochwał się znajdzie…no wszyscy sobie ponadprzeciętnie poradzili.

Z pozytywów muszę też wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, która nie dość, że sprawnie oddawała ducha czasów, to bardzo przyjemnie przechodziła z niediegetycznej w diegetyczną a to zabieg, który z reguły naprawdę lubię. Plusy za pracę charakteryzatorów, fryzjerów i kostiumografów również się należą.

Co jednak zablokowało mnie przed wystawieniem wyższej oceny? Scenariusz ma troszeczkę problem z określeniem celu, do którego dąży cała historia, przez co gdy zakończenie po raz kolejny było spychane o jeszcze te kolejne dziesięć minut, to zaczynało to mieć wrażenie sztucznego rozciągnięcia, szczególnie że sama forma filmu jest bardzo dynamiczna. Ponadto problem jest też ze scenami występów łyżwiarskich, które mimo że potrafią doprowadzić do przyspieszenia akcji serca, to bardzo kłują w oczy sztucznością efektów specjalnych.

„Jestem najlepsza. Ja, Tonya” to bardzo przyzwoita produkcja, która dla osób zainteresowanych dyscypliną może być dziełem objawionym. Ja zaś najwięcej przyjemności miałem z tego, że film twierdzi naraz, że jest najwierniejszym odwzorowaniem prawdy, ale też że prawda absolutnie nie istnieje, pozostawiając takiemu mnie duże pole do zabawy światem przedstawionym, choć niby takim historycznym… i realnym.

OCENA: 7/10

/R

Dodaj komentarz