Jak
można było tak nazwać ten film? Czy tłumaczenie „I, Tonya” na „Ja,
Tonya” naprawdę nie wystarczyło? Trzeba było dodać przaśne „jestem
najlepsza”? Panie Dystrybutor, wstydź się Pan. Masz Pan szczęście, że
chociaż film broni się sobą samym.
„Ja, Tonya” (bo tak zamierzam nazywać tu ten obraz) to biograficzna
opowieść o życiu Tonyi Harding – łyżwiarki figurowej, która przeszła do
historii najpierw za sprawą bycia pierwszą Amerykanką, która z sukcesem
skoczyła potrójnego axela, później zaś przez zaangażowanie w zlecenie
pobicia jednej ze swoich rywalek. Historia opowiadana jest na podstawie
wywiadów, udzielonych po latach przez Tonyę, jej matkę, byłego męża,
kumpla męża i dziennikarza. Wywiady te są również odtworzone w filmie
przez odpowiednio postarzonych aktorów, zwracających się bezpośrednio do
kamery, co już na samym początku skraca dystans do widza. Cała
produkcja jest bardzo samoświadoma i opiera na tym swoją narrację. Ma to
swoje plusy (film zdaje sobie sprawę, że za bardzo na daty pokazywane
na ekranie widz nie zwraca uwagi [w przeciwieństwie do ciebie, Michalino
Wisłocka], więc humorystycznie wtrąca po chwili na planszach choćby
podtytuł „3 dni później”) i minusy (kiedy czwarta ściana burzona jest w
retrospektywach, to miałem momentami wrażenie, że film na siłę próbuję
być „cool” i zdystansowany do samego siebie). W ogólnym rozrachunku to
jednak świeży powiew w stosunku do mocno relacjonującego i ustawiającego
się z boku kina biograficznego.
Najlepszym elementem „Ja,
Tonya” jest zdecydowane aktorstwo. Oscar dla Allison Janney za najlepszą
żeńską rolę drugoplanową nie wziął się znikąd i pewnie już się peanów o
jej grze naczytaliście, ale to nie ona świeciła tu dla mnie najmocniej.
Ten film udowodnił mi, że Margot Robbie wielką aktorką jest. Niemalże
naturalna w swej roli trzymała cały film w ryzach, nie czyniąc jednak z
niego teatru jednej aktorki. Oczywiście, jej umiejętności najbardziej
objawiają się w scenach, w których jest sama (za samą, minutową scenę
nakładania make-upu przed lustrem należała się jej ta oscarowa
nominacja), ale są one na tyle krótkie, że nie ma się wrażenia
„zawłaszczania” przez nią filmu. Świetnie też radził sobie Paul Walter
Hauser, którego rola pełnego urojeń kumpla męża Tonyi najmocniej bujała
moimi emocjami – to rozbawiała, to wprowadzała w furię. Stanowi
Sebastianowi też nie mam nic do zarzucenia, co więcej parę pochwał się
znajdzie…no wszyscy sobie ponadprzeciętnie poradzili.
Z
pozytywów muszę też wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, która nie dość, że
sprawnie oddawała ducha czasów, to bardzo przyjemnie przechodziła z
niediegetycznej w diegetyczną a to zabieg, który z reguły naprawdę
lubię. Plusy za pracę charakteryzatorów, fryzjerów i kostiumografów
również się należą.
Co jednak zablokowało mnie przed
wystawieniem wyższej oceny? Scenariusz ma troszeczkę problem z
określeniem celu, do którego dąży cała historia, przez co gdy
zakończenie po raz kolejny było spychane o jeszcze te kolejne dziesięć
minut, to zaczynało to mieć wrażenie sztucznego rozciągnięcia,
szczególnie że sama forma filmu jest bardzo dynamiczna. Ponadto problem
jest też ze scenami występów łyżwiarskich, które mimo że potrafią
doprowadzić do przyspieszenia akcji serca, to bardzo kłują w oczy
sztucznością efektów specjalnych.
„Jestem najlepsza. Ja, Tonya”
to bardzo przyzwoita produkcja, która dla osób zainteresowanych
dyscypliną może być dziełem objawionym. Ja zaś najwięcej przyjemności
miałem z tego, że film twierdzi naraz, że jest najwierniejszym
odwzorowaniem prawdy, ale też że prawda absolutnie nie istnieje,
pozostawiając takiemu mnie duże pole do zabawy światem przedstawionym,
choć niby takim historycznym… i realnym.
OCENA: 7/10
/R