To
moje pierwsze spotkanie z tym niezwykle poważanym, austriackim
reżyserem. Haneke to marka, choć prawdopodobnie większość go kojarzących
nie jest w stanie wymienić więcej niż dwie z jego 24 produkcji – ot,
nazwisko wydaje się być głośniejsze od filmów. Po seansie „Happy Endu”
wiem jednak, że obok jego twórczości żal przechodzić obojętnie.
Najnowszy obraz Austriaka rozpoczyna się serią nagrań z telefonu
komórkowego, wysyłaną przez mieszaninę Snapchata i Facebook Live.
Poprzez nie poznajemy Eve, 13-latkę, która w wyniku choroby matki trafia
pod opiekę mieszkającego z burżuazyjną rodziną ojca w Calais. Ich
nagrywane już w klasyczny sposób perypetie stają się bazą do komentarzy
na temat relacji rodzinnych, mediów społecznościowych i problemu
migrantów, a każdy z nich jest wyraźny, acz pozbawiony przekonania o
swojej wyższości i absolutnej racji. Relatywizm moralny to chyba
największa zaleta „Happy Endu”. Haneke wiele rzeczy mówi, przekazuje i
obrazuje, ale nigdy nie próbuje tworzyć poglądów za nas. Do tego robi to
środkami, które balansują pomiędzy dosłownością a symboliką tak, aby
nie czynić z siebie pseudointelektualnego kina dla wyimaginowanej
garstki.
Z pozytywów warto również wymienić małą, ale diabelnie
zdolną Fantine Harduin (mimo że zdanie sobie sprawy, że jej twarz jest
połączeniem Dawida Ogrodnika i Macieja Ziętka w peruce uniemożliwiło mi
zachowanie powagi przez dobrych parę minut) i pełnego dziadkowego uroku
Jean-Louis Trintignanta – we dwoje byli w stanie zabłysnąć na tle i tak
bardzo już porządnej obsady. Wielkie brawa należą się Christianowi
Bergerowi, którego każde ujęcie było wyraźnie przemyślane i
zaprojektowane. Ciężko nie zauważyć i nie docenić ogromu jego pracy.
Pochwały należą się też dystrybutorowi – Gutek Film – który po raz
pierwszy w życiu sprawił, że byłem zaskoczony formą napisów, a stało się
to, gdy tłumaczenie wyświetlanych na ekranie wiadomości pojawiało się
na dolnej belce pomocniczej otwartej przeglądarki, udając integralną jej
część – świetny detal.
Jeśli coś złego mogę o „Happy Endzie”
napisać, to że zwyczajnie… nie zachwyca. To dobra produkcja, motywująca
do przemyśleń na kilka aktualnych tematów, ale nigdy nie wprawiła mnie w
osłupienie czy jakieś większe emocje, nawet gdy dochodziło do wydarzeń
tragicznych. Nie umniejsza to jednak faktu, że Haneke po prostu się
sprawdził. A ja chcę sprawdzić więcej jego.
OCENA: 7/10
/R