„Happy End” (2017), reż. Michael Haneke

To moje pierwsze spotkanie z tym niezwykle poważanym, austriackim reżyserem. Haneke to marka, choć prawdopodobnie większość go kojarzących nie jest w stanie wymienić więcej niż dwie z jego 24 produkcji – ot, nazwisko wydaje się być głośniejsze od filmów. Po seansie „Happy Endu” wiem jednak, że obok jego twórczości żal przechodzić obojętnie.

Najnowszy obraz Austriaka rozpoczyna się serią nagrań z telefonu komórkowego, wysyłaną przez mieszaninę Snapchata i Facebook Live. Poprzez nie poznajemy Eve, 13-latkę, która w wyniku choroby matki trafia pod opiekę mieszkającego z burżuazyjną rodziną ojca w Calais. Ich nagrywane już w klasyczny sposób perypetie stają się bazą do komentarzy na temat relacji rodzinnych, mediów społecznościowych i problemu migrantów, a każdy z nich jest wyraźny, acz pozbawiony przekonania o swojej wyższości i absolutnej racji. Relatywizm moralny to chyba największa zaleta „Happy Endu”. Haneke wiele rzeczy mówi, przekazuje i obrazuje, ale nigdy nie próbuje tworzyć poglądów za nas. Do tego robi to środkami, które balansują pomiędzy dosłownością a symboliką tak, aby nie czynić z siebie pseudointelektualnego kina dla wyimaginowanej garstki.

Z pozytywów warto również wymienić małą, ale diabelnie zdolną Fantine Harduin (mimo że zdanie sobie sprawy, że jej twarz jest połączeniem Dawida Ogrodnika i Macieja Ziętka w peruce uniemożliwiło mi zachowanie powagi przez dobrych parę minut) i pełnego dziadkowego uroku Jean-Louis Trintignanta – we dwoje byli w stanie zabłysnąć na tle i tak bardzo już porządnej obsady. Wielkie brawa należą się Christianowi Bergerowi, którego każde ujęcie było wyraźnie przemyślane i zaprojektowane. Ciężko nie zauważyć i nie docenić ogromu jego pracy. Pochwały należą się też dystrybutorowi – Gutek Film – który po raz pierwszy w życiu sprawił, że byłem zaskoczony formą napisów, a stało się to, gdy tłumaczenie wyświetlanych na ekranie wiadomości pojawiało się na dolnej belce pomocniczej otwartej przeglądarki, udając integralną jej część – świetny detal.

Jeśli coś złego mogę o „Happy Endzie” napisać, to że zwyczajnie… nie zachwyca. To dobra produkcja, motywująca do przemyśleń na kilka aktualnych tematów, ale nigdy nie wprawiła mnie w osłupienie czy jakieś większe emocje, nawet gdy dochodziło do wydarzeń tragicznych. Nie umniejsza to jednak faktu, że Haneke po prostu się sprawdził. A ja chcę sprawdzić więcej jego.

OCENA: 7/10

/R

Dodaj komentarz