No
cóż, nie można mieć wszystkiego. Zacznijmy od tego, że jestem wielki
fanem „Przebudzenia Mocy”, co już może Wam wyrobić pewne zdanie na temat
mój, jak i całej recenzji. Dajcie mi jednak szansę pokrótce wyjaśnić,
dlaczego mimo że „Ostatni Jedi” jest dobrym filmem, wyszedłem z kina
rozczarowany.
Po raz pierwszy w
historii serii fabuła rozpoczyna się tam, gdzie skończyła się
poprzednia część, nie zostawiając żadnej przestrzeni czasowej. Dla
przypomnienia – Rey odnalazła na wyspie Luke’a Skywalkera, Kylo Ren
wraca do Snoke’a, Finn leży w kapsule medycznej a Poe jest sobie
pilotem. Każdej z postaci poświęcono osobne wątki, które mimo że
przeplatające się, to dość mocno od siebie odseparowane. Niestety,
Johnson nie udźwignął w pełni rozgałęzień scenariusza i choćby przy
wątku Finna myślałem głównie o tym, że wolałbym oglądać, co się dzieje
gdzie indziej. Nie twierdzę absolutnie, że opowiedziana historia jest
zła, co najwyżej niekiedy zlepiona dość niechlujnie ze zbyt częstymi
slapstickowymi wstawkami humorystycznymi.
Co jednak można
powiedzieć o niej dobrego? Na pewno jest nowa. Podstawowym zarzutem
wobec siódmej części, było to, że jest kalką „Nowej Nadziei”. Tu
rzeczywiście mamy do czynienia z oryginalnym tworem, który stara się
wprowadzać do serii jakąś formę świeżości. Co jeszcze? Dynamika relacji
Rey-Ren-Luke jest znakomita i budowana zabiegami, których nie chcę
opisywać, aby nie psuć Wam przyjemności z odnajdywania nowych elementów w
tak dobrze znanym nam filmowym uniwersum. No i dostajemy jedną z
najlepszych i najbardziej estetycznych walk z użyciem mieczy świetlnych w
historii.
Przy okazji oddam aktorom co ich – wszyscy
sprawdzili się przynajmniej w porządku, ale zarówno Markowi Hamillowi i
Benicio del Toro należą się wielkie brawa. Widać, że w rolę Luke’a
włożono całą miłość i możliwy szacunek (mimo że personalnie Hamill
kompletnie nie zgadzał się z tym jak scenariusz potraktował jego
bohatera). Portorykańczyk zaś wykreował postać rzeczywiście intrygującą,
może i bardziej od Maz Katany, czego nie można powiedzieć np. o nowej
członkini „tych dobrych” – Rose.
Wizualnie jest gorzej. Czemu? A
bo temu, że J. J. Abrams starał się jak najwięcej efektów osiągnąć bez
użycia komputerów, używając jak największej ilości produkcyjnych
elementów fizycznych. W „Ostatnim Jedi” greenscreen czasem kłuje w oczy.
Wizje światów przedstawionych po raz kolejny stoją na wysokim poziomie,
ale czy w każdym miejscu w kosmosie musimy znaleźć jakieś urocze
zwierzątko, żeby zrobić do niego „awww”. Tak, robimy „awww”, ale to
bardzo tani chwyt. Muzycznie znowu nie ma się do czego przyczepić, John
Williams wie co robi, a ja utrzymuję, że „Rey’s Theme” to jego najlepszy
twór od lat. O wysokiej jakości miksu dźwięku w „Gwiezdnych Wojnach”
nie muszę chyba w ogóle przypominać.
U dołu możecie zobaczyć
pozytywną „siódemkę”. Skąd taka ocena, przy takiej masie narzekania?
„Ostatni Jedi” nadal przynosi masę przyjemności i dziecięcej radości,
pomimo elementów, które każą się łapać za głowę (Leia w przestrzeni
kosmicznej – kto oglądał, ten wie). Na ten moment to dość mało znaczące
słowa, ale żeby lepiej wytłumaczyć, co mi w wizji Johnsona pasowało,
bądź nie, musiałbym się uciec do spoilerów, a tego byśmy nie chcieli,
prawda? To dobre science-fiction, które karmi nas efektownymi scenami
akcji, interesującymi projektami audiowizualnymi i nieoczywistym
konfliktem dobra ze złem. Po prostu w swoim rozbuchaniu wytworzyło
elementy, które z genialnej siódmej części sprowadziły ją do poziomu
jedynie dobrego.
Ocena: 7/10
R/