Euforyczne
recenzje, które „Czarna Pantera” otrzymała od krytyków przyjąłem z
podejrzliwością, ale bez zaskoczenia. Postanowiłem jednak średnią 88/100
odseparować od konceptu formy celebracji Black History Month i kontry
kulturowej wobec kontrowersyjnej polityki Donalda Trumpa , dopóki sam
nie obejrzę filmu. Z reguły staram się nie dopuszczać myśli
o tym, że arena polityczna manipuluje czymś takim jak recenzje filmowe,
ale po seansie obrazu Ryana Cooglera nie widzę innego wytłumaczenia.
Akcja „Czarnej Pantery” rozgrywa się niedługo po zakończeniu wydarzeń z
bodaj mojego ulubionego filmu z Marvel Cinematic Universe – Kapitan
Ameryka: Wojna Bohaterów. T’Challa powraca do swojej rodzimej Wakandy by
przejść proces koronacji i rozpocząć walkę z problemami swojego kraju –
zarówno tymi wewnętrznymi jak i międzynarodowymi. Twórcy poświęcili
sporo czasu na dopracowanie środowiska fikcyjnego kraju, umiejscowionego
w środkowej Afryce – zróżnicowane stroje plemion, język, budowle
łączące tradycję z futuryzmem, obyczaje, kolorystyka. Dopracowanie
produkcyjne to największa zaleta tego filmu. No i Andy Serkis.
Brytyjczyk po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najbardziej
niedocenianych aktorów na świecie, wyciągając z papierowej postaci
absolutne maksimum charakteru. Liczę, że w najbliższym czasie
reżyserowie zaczną angażować go w coraz to ciekawsze projekty,
szczególnie te, które nie będą wymagały od niego pełnego motion capture.
W przypadki postaci Ulyssesa Klaue (jakże wspaniałym
południowoafrykańskim akcentem Serkis go obdarzył) efekty specjalne
mogły zostać ograniczone jedynie do sztucznej ręki. Specjalnie nie można
narzekać też na resztę obsadę, bo ewentualna sztywność Bosemana,
Nyong’o czy Guriry wynika głównie z nieporadności scenariusza.
O
skrypcie warto powiedzieć nieco więcej, gdyż bardzo stara się on
zawrzeć jakiś przekaz społeczny, jednak robi to nie dość, że nieudolnie,
to czasami niebezpiecznie. Już tłumaczę co mam na myśli. Umiejscowiony w
czarnej kulturze obraz kładzie nacisk na historię społeczności
afro-amerykańskiej na świecie – niewolnictwo, dyskryminacja, ucisk, brak
prospektów. Ma to na celu pomoc w zrozumieniu tego środowiska
kulturowego. Główny antagonista filmu – Killmonger – twierdzi, że
odpowiednią reakcją społeczności powinien być zbrojny bunt, zmiażdżenie
rasy, która kiedyś odpowiedzialna była za zniewolenie mieszkańców Afryki
i przejęcie władzy nad areną międzynarodową. Problem pojawia się w tym,
że jego argumentacja na przestrzeni całego filmu nie zostaje w żaden
sposób kontrowana, a jego poglądy upadają nie przez poprzez wartości i
morale głównego bohatera, a zwyczajną przegraną w walce. Jestem w stanie
bez problemu wyobrazić sobie, że część widowni poirytowana dzisiejszą,
światową sytuacją polityczną mogła Killmongerowi zwyczajnie kibicować.
Dosyć marna jest też struktura filmu, która przez rozciągnięcie fabuły
na ponad dwie godziny tworzy wrażenie niewielkiego stopnia rozmachu,
pomimo że wydarzenia rozgrywają się nie dość, że w trzech krajach, to na
trzech kontynentach. Do zaprzepaszczonych szans można wliczyć też sceny
walk, które pomimo inspirowania się wieloma afrykańskimi sztukami
walki, wyraźnie nie mogą zdecydować się pomiędzy batmanowskim ciężarem a
spidermanowską zwinnością i lekkością. Do tego wszystko to zmontowane
jest w taki sposób, że ciężko umieścić akcję w przestrzeni. Ma się
wrażenie komputerowo wygenerowanego chaosu bez odpowiedniego rozpisania.
Największym rozczarowaniem jest zaś ścieżka dźwiękowa, nad którą pieczę
sprawował m.in. Kendrick Lamar. Po artyście takiego formatu
spodziewałem się zwyczajnie czegoś więcej niż kilku mniej lub bardziej
udanych utworów raperskich na krzyż, wrzuconych bez specjalnego
powiązania z akcją. Wobec tego najlepszym elementem warstwy audio stają
się afrykańskie zaśpiewy, które nadzorował Ludwig Göransson.
„Czarna Pantera” może podobać się jako rozrywka dla samej rozrywki, ale
tylko przy bardzo dobrym nastawieniu. Świat przedstawiony rzeczywiście
potrafi wciągnąć i zachwycić, ale treść filmowa zawodzi na niemal każdej
linii. Żal mi tak ciekawego bohatera acz uznaję Chadwicka Bosemana za
bardzo odpowiedniego odtwórcę roli, która po prostu lepiej sprawdzi się w
filmach zbiorowych, pokroju zbliżającej się Wojny bez granic. W kwestii
filmu tylko dla Czarnej Pantery – podziękuję.
OCENA: 4/10
/R
Kocham Rafała, ale nie znoszę tego jak pisze. Jeszcze się dzisiaj tak
rozpisał… Jeśli dotrwałeś do tego momentu, to gratuluję, ale nie
sądzę, bym po tej istnej kawalkadzie filmowych interpretacji był w
stanie dodać coś konstruktywnego od siebie. Oczywiście użycie
sformułowania „istna kawalkada” jest z mojej strony ironiczne. Znasz
mnie.
Na „Czarną Panterę” nie wybrałem się z konkretnym
nastawieniem. Z zasady nie chadzam na filmy spod szyldu Marvela czy też
DC Comics. Nie chcę zabrzmieć jak człowiek, który kino traktujące o
superbohaterach deprecjonuje – po prostu nie czerpię z niego tak dużej
przyjemności, by opłacało mi się iść do kina. Zwłaszcza, że nie
specjalnie orientuję się w komiksowych uniwersach. Kiedy jednak mogę iść
dla zabawy ze znajomymi – dlaczego nie.
Osobiście zawsze byłem
zafascynowany kulturą afrykańską, a jeszcze bardziej kulturą
afroamerykańską. O ile film ze względu na swój setting traktuje o tej
pierwszej, o tyle należy sobie zdawać sprawę, że twórcy wywodzą się z
tej drugiej i jest to bardziej ukazanie problemów tej drugiej przy
użyciu tej pierwszej, niż po prostu ukazanie problemów tej pierwszej.
Sprawdź sobie, która była pierwsza, a która druga.
Wszystkie
problemy scenariuszowe, o których wspominał Rafał, biorą się właśnie z
tej karkołomności. Akcja osadzona w afrykańskiej wiosce mimochodem
przywodzi u widza na myśl problemy społeczności afrykańskich – biedę,
problemy technologiczne i destabilizację polityczną w krajach Afryki.
Wszystkie te problemy są w naszej świadomości wielkim uogólnieniem
wykreowanym przez media, ale to temat na inną opowieść.
Na ile
konflikt czarnoskórych i białych jest w Afryce problemem? Poza RPA
raczej w niewielkim stopniu. Dlaczego więc film, którego akcja toczy się
w afrykańskiej wiosce, którego bohaterami są mieszkańcy (mega
zaawansowanej technologicznie i wypasionej) afrykańskiej wioski,
podejmuje przede wszystkim problem relacji na linii czrnoskóry-biały?
Już o tym mówiłem.
Właśnie karkołomność całego konceptu jest
podstawowym ograniczeniem. Nie zagadnienia technologiczne – załóżmy, że
bohaterowie mają technologię, która pozwala im latać, być niewidzialnym,
przenosić się w czasie i strzelać laserem z kolana – wtedy każda
scenariuszowa volta wydaje się możliwa i uzasadniona. Paralela pomiędzy
problemami czarnoskórych Afryki i Ameryki jednak tworzy barierę nie do
przejścia.
Myślę, że Rafał nie do końca celnie zdiagnozował
problem. Nie jest tak, że przekonania antagonisty zostają pokonane tylko
przez przegraną walkę. Problemem jest fakt, że idee, które przyświecają
antagoniście, są zbliżone do problemów amerykańskich. I to problemów
tożsamościowych, zakorzenionych głęboko w społecznej świadomości. Idee i
problemy, przed którymi stają protagoniści, bohaterowie wyimaginowanej
Wakandy, są natomiast znacznie bardziej pragmatyczne i dotyczą spraw
bardziej namacalnych jak (w dużym uproszczeniu) ekonomia i polityka.
Zestawienie ze sobą tych dwóch światów tworzy problem. Głód i problemy
finansowe Afryki subsaharyjskiej i napięcia międzyrasowe to dwa zupełnie
różne problemy, których zestawienie jest konfundujące. Zwłaszcza, że
ten pierwszy problem jest od początku do końca zakorzeniony w Afryce,
drugi natomiast został do filmu przyniesiony z perspektywy Amerykanina.
Ten film trzeba po prostu obejrzeć z minimalną chociaż świadomością
świata. Killmonger nie przestaje mieć racji dlatego, że przegrał walkę.
Film stara się pokazać nam, że nie ma on racji przez to, że chce
stosować rozwiązania oparte na zaognianiu istniejącego konfliktu. Film
stara się nam też pokazać, jakie wnioski wyciąga tytułowa Czarna
Pantera. Film jednak „stara” się to zrobić i rzeczywiście jest to
nieudolne. Wadliwe są same podstawy, koncept tej historii i koncept na
to, co i w jaki sposób ma ona przekazać. Jako film o superbohaterach
sprawdza się on chyba jednak dobrze – jest bardzo ładny wizualnie,
momentami zabawny i całkiem lekki. Tak mi się wydaje.
5/10
/K