Nie
przepadam za oglądaniem tenisa, a i kino sportowe nie należy do moich
ulubionych gatunków, więc do „Borg/McEnroe.” podchodziłem z bezpiecznym
dystansem, zmniejszonym przez fakt, że przede mną stało kino bądź co
bądź biograficzne. Po zakończonym seansie w głowie pojawiło mi się jasne
i proste podsumowanie – nowy obraz Metza to bardzo dobry film o sporcie, ale średni film o Borgu i McEnroe.
Polskie produkcje, traktujące o prawdziwych postaciach z hollywoodzkim
sznytem, są coraz bardziej popularne. Zaczęło się od „Bogów”, potem
przyszła „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, teraz w
kinach leci „Najlepszy”. Recenzując „Borg/McEnroe” mogę z wielką
przyjemnością przyznać, że radzimy sobie od Szwedów nie tylko
„nie-gorzej”, ale rzeczywiście lepiej. Dlaczego? Dlatego, że w produkcji
Metza zabrakło tego, co w kinie biograficznym najważniejsze – wejścia
do środka psychiki postaci. Największą wadą produkcji jest usilne
marnowanie potencjału, siedzącego w głowach Borga i McEnroe. Pierwszy z
nich to dzieciak z niezbyt zamożnej rodziny, o problemach emocjonalnych i
rytuałach nerwicowych, o których wspomina się tylko po to, żebyśmy
wiedzieli, że istniały. Drugi zaś był wiecznie niedoceniany przez swoich
rodziców, pomimo swojego zdecydowanie ponadprzeciętnego intelektu, ale
to też nie wydaje się być zbytnio wykorzystane – ot element historii
postaci, taki sam jak to, że choćby… no nie wiem… ma czarne loki. Tym
bardziej szkoda świetnie prezentujących się w głównych rolach Sverrira
Gudnasona i Shia LaBeoufa, którzy swoimi kreacjami utrzymują widza przy
ekranie.
No, wylałem trochę pomyj to teraz mogę powiedzieć coś
dobrego. Każdy element filmowy obecny w „Borg/McEnroe” został
wykorzystany przynajmniej poprawnie z naciskiem na dobrze. W przestrzeni
warsztatowej ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić. W rolach
drugoplanowych bardzo dobrze sprawdzają się Stellan Skarsgård i Tuva
Novotny. Kostiumy przypominają o tych ciekawszych dziś elementach mody
lat 80.. No i cały segment finałowy – jak można się z tytułu domyślić,
film traktuje o potyczce dwóch tenisistów w finale Wimbledonu. I
wierzcie mi – jest to finał, na który warto czekać. Co jak co, ale
oddanie burzy emocji towarzyszących spotkaniu takiego szczebla, zarówno
tym, którzy w spotkaniu uczestniczą, jak i tym, którzy oglądają je z
trybun, zdecydowanie się Metzowi udało i to uważam za największą siłę
tego obrazu.
W ogólnym rozrachunku „Borg/McEnroe. Między odwagą a
szaleństwem” to dobry film. Ale tylko dobry. Za dużo w nim zmarnowanego
potencjału, aby można go było postawić odrobinę wyżej. Jeśli chcecie się
wybrać na coś biograficznego, powiązanego ze sportem, wybierzcie się na
„Najlepszego”.
Ocena: 7/10
/R
Kocham sport i
emocje z nim związane, ten film momentami takich dostarczał, ale
finalnie nie okazał się niczym ponad bardzo dobrze wykonany, przeciętny
film. Obraz reklamowany był jako film na temat meczu tenisa, który
zmienił oblicze tenisa. Dwóch wielkich graczy, jeden wieloletni mistrz,
drugi mega-utalentowany młodzian – dosyć kliszowe, no ale film opiera
się na prawdziwej historii, a w sporcie często tak bywa.
Historia
jest więc typowa, co nie jest żadną ujmą. Ujmą jest wybitnie kliszowe
ukazywanie tej historii w co poniektórych momentach. Gadki motywacyjne
trenera, płacz pod prysznicem („Łazienkowa pozycja embrionalna jako
determinant kina współczesnego”, polecam, bardzo dobra lektura) no i te
sekwencje meczowe. Generalnie były one bardzo dobre, dobrze oddawały
tempo, ale do czasu. Do czasu, aż nie doszło do starcia finałowego, w
którym reżyser zaczął sięgać do ujęć nagrywanych w zwolnionym tempie.
Serio? Mamy rok 1999, czy to jest tenisowe Galactik Football?
Niestety, przez swoją banalność w środkach nie był mnie w stanie kupić
Janus Metz tą dosyć prostą historią. W zasadzie nie dowiedziałem się o
postaciach niczego więcej niż ze zwiastunów kinowych. Oczywiście o dwóch
głównych postaciach, bo nie było innych postaci.
Film trwa 100
minut i strasznie je marnuje, bo w tym czasie można pokazać na ekranie
wiele ciekawych motywów, a tymczasem marnuje on cenne minuty na sceny
gry w tenisa w zwolnionym tempie. Mimo wszystko nie jest jednak tak, że
się nudziłem. Obraz potrafi wywołać emocje typowe dla sportowych
zmagań, jednak przede wszystkim dzięki świetnej grze aktorskiej aktorów
pierwszoplanowych i bardzo dobrym zdjęciom. Serio, praca kamery i montaż
– zwłaszcza w sekwencjach meczowych – jest bardzo przyjemną sprawą,
jeśli chodzi o odpowiednią dynamikę.
Ocena: 6/10
/K