„Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem” (2017), reż. Janus Metz

Nie przepadam za oglądaniem tenisa, a i kino sportowe nie należy do moich ulubionych gatunków, więc do „Borg/McEnroe.” podchodziłem z bezpiecznym dystansem, zmniejszonym przez fakt, że przede mną stało kino bądź co bądź biograficzne. Po zakończonym seansie w głowie pojawiło mi się jasne i proste podsumowanie – nowy obraz Metza to bardzo dobry film o sporcie, ale średni film o Borgu i McEnroe.
Polskie produkcje, traktujące o prawdziwych postaciach z hollywoodzkim sznytem, są coraz bardziej popularne. Zaczęło się od „Bogów”, potem przyszła „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, teraz w kinach leci „Najlepszy”. Recenzując „Borg/McEnroe” mogę z wielką przyjemnością przyznać, że radzimy sobie od Szwedów nie tylko „nie-gorzej”, ale rzeczywiście lepiej. Dlaczego? Dlatego, że w produkcji Metza zabrakło tego, co w kinie biograficznym najważniejsze – wejścia do środka psychiki postaci. Największą wadą produkcji jest usilne marnowanie potencjału, siedzącego w głowach Borga i McEnroe. Pierwszy z nich to dzieciak z niezbyt zamożnej rodziny, o problemach emocjonalnych i rytuałach nerwicowych, o których wspomina się tylko po to, żebyśmy wiedzieli, że istniały. Drugi zaś był wiecznie niedoceniany przez swoich rodziców, pomimo swojego zdecydowanie ponadprzeciętnego intelektu, ale to też nie wydaje się być zbytnio wykorzystane – ot element historii postaci, taki sam jak to, że choćby… no nie wiem… ma czarne loki. Tym bardziej szkoda świetnie prezentujących się w głównych rolach Sverrira Gudnasona i Shia LaBeoufa, którzy swoimi kreacjami utrzymują widza przy ekranie.
No, wylałem trochę pomyj to teraz mogę powiedzieć coś dobrego. Każdy element filmowy obecny w „Borg/McEnroe” został wykorzystany przynajmniej poprawnie z naciskiem na dobrze. W przestrzeni warsztatowej ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić. W rolach drugoplanowych bardzo dobrze sprawdzają się Stellan Skarsgård i Tuva Novotny. Kostiumy przypominają o tych ciekawszych dziś elementach mody lat 80.. No i cały segment finałowy – jak można się z tytułu domyślić, film traktuje o potyczce dwóch tenisistów w finale Wimbledonu. I wierzcie mi – jest to finał, na który warto czekać. Co jak co, ale oddanie burzy emocji towarzyszących spotkaniu takiego szczebla, zarówno tym, którzy w spotkaniu uczestniczą, jak i tym, którzy oglądają je z trybun, zdecydowanie się Metzowi udało i to uważam za największą siłę tego obrazu.
W ogólnym rozrachunku „Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem” to dobry film. Ale tylko dobry. Za dużo w nim zmarnowanego potencjału, aby można go było postawić odrobinę wyżej. Jeśli chcecie się wybrać na coś biograficznego, powiązanego ze sportem, wybierzcie się na „Najlepszego”.

Ocena: 7/10

/R

Kocham sport i emocje z nim związane, ten film momentami takich dostarczał, ale finalnie nie okazał się niczym ponad bardzo dobrze wykonany, przeciętny film. Obraz reklamowany był jako film na temat meczu tenisa, który zmienił oblicze tenisa. Dwóch wielkich graczy, jeden wieloletni mistrz, drugi mega-utalentowany młodzian – dosyć kliszowe, no ale film opiera się na prawdziwej historii, a w sporcie często tak bywa.
Historia jest więc typowa, co nie jest żadną ujmą. Ujmą jest wybitnie kliszowe ukazywanie tej historii w co poniektórych momentach. Gadki motywacyjne trenera, płacz pod prysznicem („Łazienkowa pozycja embrionalna jako determinant kina współczesnego”, polecam, bardzo dobra lektura) no i te sekwencje meczowe. Generalnie były one bardzo dobre, dobrze oddawały tempo, ale do czasu. Do czasu, aż nie doszło do starcia finałowego, w którym reżyser zaczął sięgać do ujęć nagrywanych w zwolnionym tempie. Serio? Mamy rok 1999, czy to jest tenisowe Galactik Football?
Niestety, przez swoją banalność w środkach nie był mnie w stanie kupić Janus Metz tą dosyć prostą historią. W zasadzie nie dowiedziałem się o postaciach niczego więcej niż ze zwiastunów kinowych. Oczywiście o dwóch głównych postaciach, bo nie było innych postaci.
Film trwa 100 minut i strasznie je marnuje, bo w tym czasie można pokazać na ekranie wiele ciekawych motywów, a tymczasem marnuje on cenne minuty na sceny gry w tenisa w zwolnionym tempie. Mimo wszystko nie jest jednak tak, że się nudziłem. Obraz potrafi wywołać emocje typowe dla sportowych zmagań, jednak przede wszystkim dzięki świetnej grze aktorskiej aktorów pierwszoplanowych i bardzo dobrym zdjęciom. Serio, praca kamery i montaż – zwłaszcza w sekwencjach meczowych – jest bardzo przyjemną sprawą, jeśli chodzi o odpowiednią dynamikę.

Ocena: 6/10

/K

Dodaj komentarz